full.pdf

(2408 KB) Pobierz
<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01//EN" "http://www.w3.org/TR/html4/strict.dtd">
Jeżeli nie brać pod uwagę pomarańczowego kapoka i merdających na prawym
nadgarstku niklowanych kajdanek, byłem goły. Prąd, który wynosił mnie poza jedyny
szlak komunikacyjny w tej części archipelagu, słabł i jednocześnie spychał między rafy.
Ocean traktował mnie tak samo, jak inne śmieci beztrosko wyrzucane za burty
niezliczonych stateczków i łodzi, należących do krajowców, zwariowanych turystów i
wcale nie zwariowanych hm... żeglarzy.
W ciągu kilku godzin prąd zwolnił i coraz częściej podpływał do mnie bujany falą,
plastikowy kanisterek po detergentach, kawałek dechy z jakimś okuciem, pływak
styropianowy ze strzępem sieci albo i coś, czego nie można było zidentyfikować na
pierwszy, a nawet i na drugi rzut oka. Po zwiększającej się systematycznie
częstotliwości takich spotkań dość dobrze się orientowałem, w którym miejscu tego
śmietnika aktualnie się znajduję. Odnoga prądu zawracała tutaj wielomilowym łukiem
między rafy, większe i mniejsze skały i wysepki, a wszystkie zupełnie niedostępne,
nawet dla najmniejszych środków pływających.
Ale śmieci miały się tu doskonale. Prąd stale nanosił tu nowe, kręcił nimi w
powolnym tańcu, kożuch odpadków był coraz gęściejszy, a nawet grubszy. Jeżeli
pozwolę się nieść tak jak śmieć, to prąd sam wie, gdzie bezboleśnie przekroczyć linię
tnących jak brzytwy koralowców i zepchnąć pod same urwiska Świńskich Skał. Miałem
tylko nadzieję, że nastąpi to przed nocą i zdążę się wdrapać na coś w miarę suchego i
nie chlapiącego w oczy przy każdej okazji. Tej przydługiej i przymusowej kąpieli miałem
już dość.
Może, gdybym był młodszy, to próbowałbym energiczniej machać rękami, wybrać
jakiś rozsądniejszy kurs na kanale... Ale nie byłem młodszy. Nawet taki
oszczędnościowy sposób podróżowania wyczerpał mnie dokładnie. Wielogodzinne
moczenie się w wodzie wyssało siły. Nie byłem nawet pewny, jak długo potrafiłbym
utrzymać się na wodzie bez kamizelki... Wyglądało na to, że wcale...
Zaraz po wschodzie słońca pierwsza falka, jaka chlapnęła mnie w twarz, kazała mi
łyknąć sporo wody. Zakrztusiłem się i o mało nie wyplułem protez — że też nie miały się
kiedy odkleić! Niby drobiazg. Pod warunkiem, że jest się w środku Sydney i ma się w
kieszeni te 1500 dolców dla dentysty. Ale tutaj zęby, nawet sztuczne, są bardzo
ważnym narządem, warunkującym wręcz przeżycie. Schowałem je w zapinanej na
rzepy kieszonce kapoka. Bawiąc się w Robinsona Crusoe, niewiele można znaleźć
rzeczy jadalnych nie wymagających gryzienia. A jak będę miał duuużo szczęścia, to
właśnie czekał mnie bliżej nieokreślony czasowo los samotnego rozbitka. A miałem
prawo wątpić w rozmiar swego szczęścia, widząc na przegubie stalową bransoletkę z
łańcuszkiem i uwiązaną do niego identyczną, zatrzaśniętą, tyle że już bez mojego
lewego nadgarstka. Ta resztka szczęścia polegała na tym, że nadal zachowałem
umiejętności i elastyczność wiązadeł w lewej dłoni. Przy pewnym wysiłku potrafiłem tak
stulić dłoń, że kajdanki dawały się zsunąć. Jak było trochę mydła albo jakiegoś tłuszczu,
to nawet specjalnie nie zdzierało się skóry z kostek. Tym razem nie dysponowałem
takimi pomocniczymi materiałami. Otarcia w morskiej wodzie piekły żywym ogniem, ale
tylko przez pierwsze godziny. Potem trochę przywykłem.
Wraz z kożuchem wszelakiego śmiecia zbliżałem się do rumowiska płyt skalnych,
wystających tu i ówdzie po parę stóp nad wodę. Większość była poobrastana do
wysokości poziomu przypływu najróżniejszym zielskiem, skałotoczami... Tak na oko, to
na niektóre z tych płyt potrafiłbym się wdrapać...
Ale było jeszcze za daleko do urwisk klifu pierwszej wysepki. Niech prąd jeszcze
troszkę popracuje. Każde sto jardów darmowej jazdy to mniejszy wydatek energii.
Jakby mnie doniosło pod urwiska przy tamtym rumowisku, to byłoby miło. Z daleka
wygląda, że można będzie przełazić ze skały na skałę, w niewielu miejscach włażąc do
wody. A potem tylko wdrapać się na wyspę! No!
Wdrapać się!
Te stupięćdziesięcio- i dwustustopowe poszarpane pionowe ściany, pełne ostrych
krawędzi i przewieszek — im bardziej się do nich zbliżałem, tym bardziej wątpiłem w
swoje możliwości. Z małpiej urody i talentów to, jak na razie, miałem tylko goły tyłek.
Znałem trochę historię tego archipelagu i jakoś nie słyszałem, żeby ktoś się pchał
na te skały i nawet dopchał. A przecież na archipelagu ciekawskich, ambitnych i innych
wariatów nigdy nie brakowało! Podobno w czasie wojny próbowali tej sztuki
Japończycy, ale to była wojna, a samuraje miewali zawsze mało zrozumiałe pomysły.
Jakieś tam bushido i inne takie harakiri.
Byłem już na tyle blisko, że dość niemrawo, ale zawsze z jakimś efektem
zacząłem przebierać rękami i nogami. Zbliżałem się do wielkiej płyty obrosłej zielonym,
oślizgłym świństwem, wystającej nad wodę w sposób przyjazny nie więcej niż pół stopy.
Przynajmniej od strony, do której zamierzałem się przyczepić.
Zbliżanie udało się wspaniale. Nawet się specjalnie nie zmachałem. Ale uczepić
się i wdrapać na skałę to już inna sprawa! Wydęta kamizelka odpychała skutecznie od
skały i skracała zasięg rąk na tyle, że w zielsku nie potrafiłem namacać żadnego
porządnego uchwytu. Na dodatek, jak opuściłem nogi pionowo przy krawędzi skały, to
poczułem, że prąd ciągnie w dole dużo silniej, niż odczuwałem to na powierzchni. Skała
wyślizgnęła się spod ręki, ale o kilka stóp dalej trafiłem nogami na coś w rodzaju
podwodnej półki, ze dwie stopy pod wodą, przy samej skale. Trafienie polegało na
bolesnym rozbiciu kolana, ale stanąłem na niej i wślizgnąłem się na miękkie zielsko.
Uwalony na boku, bo pękata kamizelka to nie jest najwygodniejszy strój do
wylegiwania się, przymknąłem oczy. Trochę odetchnąć. Tylko niech, do cholery, ta
skała przestanie się kołysać! Tyle godzin bujania się na niewysokich, drobnych falkach
prądu zakłócało dość znacznie zmysł równowagi. Nie próbowałem nawet wstawać. Nie
paliło się.
Chyba się nawet zdrzemnąłem. Słoneczko milutko przygrzewało. Gdy się
ocknąłem, byłem suchuteńki. Drzemka trwała na tyle długo, że kapok zachował wilgoć
tylko od strony skały. Z wierzchu był suchy. To były zalety tego odpoczynku. A wady?
Poczułem się głodny, jak wilk. Kichy aż skręcały się na wspomnienie o jakimś jedzonku.
I poczułem ból we wszystkich gnatach i mięśniach! Na samą myśl o wysiłku, choćby
takim, jak stanie na nogach, łupało w stopach, kurcze chwytały w łydki... W dłoniach
czułem każdą kostkę, każdy staw, każde ścięgno. I czucie to wcale nie przypominało
łaskotania!
Sztywnymi palcami odpiąłem rzepy kamizelki i zsunąłem ją. Zaraz zrobiło się
wygodniej na leżąco. Jako poduszka kapok był w sam raz. Tyle że z samego leżenia to
pożytku niewiele. I najeść się tym też nie sposób. Najeść się!
Trzeba przyjrzeć się tym skałotoczom pouczepianym jak grona do skały. To nie
ostrygi, co prawda, ale całkiem znośne w smaku. I do tego prawdziwe białko, i
prawdziwe kalorie. Inna rzecz, że trzeba nałupać pełne wiaderko, żeby było się czym
najeść. Nałupać? Rozgniatać o skałę i zlizywać chyba... Można nadtłukiwać i chyba da
się je potem otwierać? Nadtłukiwać... kajdankami. Niech będzie jakiś pożytek z tego
żelastwa...
Zjadłem trochę, żeby tylko głód zaspokoić. Łyknąłem w trakcie kąpieli trochę słonej
wody i wolałem nie przesadzać z surowizną. Biegunka potrafiła wyczerpać bardziej niż
głód.
Teraz mogłem sobie pozwolić na dłuższą drzemkę. Pół godzinki. A potem trzeba
spróbować wdrapać się na urwisko. I jeszcze troszkę zjeść tego paskudztwa.
***
Miejsce na wspinaczkę wyglądało nawet zachęcająco. Pionowe rozszczepienie
skały, coś w rodzaju komina, pełne było pęknięć, szczelin i półeczek. A na dodatek
jakieś czterdzieści stóp wyżej zaczynały się kępki zielska, wisiały jakieś korzenie, a
nawet kilka całkiem solidnych krzaczków wczepionych w skałę. W sumie wejście
oceniałem jako łatwe... dla kogoś, kto jest ubrany i w porządnych butach do łażenia po
skałach.
Kapok przewiesiłem sobie na trokach przez plecy, popatrzyłem jeszcze raz w górę,
starając się zaplanować kolejne kroki i uchwyty. Wreszcie wzruszyłem ramionami i
zacząłem przełazić z płyty na płytę z głazu na głaz, starając się jak najmniej
kontaktować z wodą. A jeszcze dwa dni temu uważałem, że lubię sobie popływać! Ale
pod samą ścianą i tak nie mogłem uniknąć dokładnej kąpieli. Między skałą a ścianą było
z sześć stóp chlupoczącej wody, z upodobaniem kołyszącej różnorakie zielsko i
wszechobecne śmieci. Zamoczyłem się z obrzydzeniem, ale jak tylko złapałem ręką
pierwszy lepszy uchwyt na ścianie, to prawie frunąłem do góry kominem. W połowie
wysokości komina trafiłem na szczelinę w sam raz na oparcie jednej nogi całą stopą i
drugiej tak na trzy palce. Zaparłem się plecami z kapokiem o ścianę i zerknąłem w dół z
ciekawością. No, no!
Zielsko raczej utrudniało wspinaczkę niż pomagało. Jako uchwyty było niepewne.
A na dodatek kapok, którego nie zamierzałem się pozbywać jako jedynego
niezaprzeczalnego majątku, zaczepiał o zielsko i przeszkadzał. Dwa razy utknąłem
przez to i musiałem się cofać w dół o stopę lub dwie. Ale w sumie szło nieźle. W
momencie gdy zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze tej ściany jest nade mną, nagle
stanąłem na obszernym podeście skalnym, a przed nosem miałem cudownie łagodne,
porośnięte dżunglą tropikalnego zielska zbocze. Już nie czarną, oślizgłą od wilgoci
skałę! A cholerny ocean mógł mnie teraz uprzejmie pocałować w... Koniec z brzydkimi
wyrazami! Stary Pan B. pewnie jeszcze mnie lubi, no to po co mu ubliżać nieopatrznym
słowem i arogancją? Staruszek może jeszcze nie raz się przydać! Szczególnie, że
czułem każdą kosteczkę i każde włókienko mięśni. I przydługie pływanie i małpia
gimnastyka na skale odzywały się teraz, przypominając, że jestem posiadaczem dość
starej metryki urodzenia. Dobry Pan B. jest wprawdzie litosierny, ale wcale nie ma
obowiązku za każdym razem dokonywać cudów i ratować mojej skóry! Bo to, że
wdrapałem się aż tutaj, było prawie cudem! I straty w tej operacji poniesione były
niewielkie. Poobdzierana skóra na kolanach i przedramionach, drobne skaleczenie na
wierzchu lewej dłoni, długaśna czerwona krecha na brzuchu z perełkami już zakrzepłej
krwi i naderwany paznokieć na paluchu prawej nogi. Taniocha!
A teraz odpoczynek! Padać nie zamierza. Ciepełko jest, nawet tutaj w cieniu. I jak
znałem te strony, to w nocy nie będzie wiele chłodniej. A że należałem do tych
szczęśliwców, którzy nie mają problemów z zasypianiem, ledwie walnąłem się na
pierwsze równiejsze miejsce, podłożyłem pod głowę święty kapok i już spałem!
Zgłoś jeśli naruszono regulamin