JG_O-Pils_13_Jego_pr_zam_1922-23.doc

(138 KB) Pobierz
7WOI FNNłK ZBUDOWANIA WIELKIEJ UKRAINY

Jędrzej Giertych, O Piłsudskim, Londyn 1987, Nakładem własnym, strony 116-133.

 

[Książka J. Giertycha, O Piłsudskim, na charakter popularyzatorski. Autor nie zaopatrzył jej -- jak inne swoje dzieła -- w szereg przypisów źródłowych i komentarzy. Jest zwięzła, by była tania, i by była łatwiejsza w czytaniu. Na str. 3 Autor dodał taki przypisek: Kto chce poznać dzieje Piłsudskiego dokładniej, winien zapoznać się z książkami obszerniejszymi i o charakterze źródłowym i o naukowej dokumentacji. Także i z moimi. Wymieniłbym z tych ostatnich rozdziały dotyczące Piłsudskiego, w książce „Tragizm losów Polski”, Pelplin 1936. „Rola dziejowa Dmowskiego”, Chicago, tom I, 1968. Józef Piłsudski 1914-1917”, Londyn tom I 1979, tom II 1982. „Rozważania o bitwie warszawskiej 1920 roku”, Londyn 1984. „Kulisy powstania styczniowego”, Kurytyba, 1965 i liczne mniejsze rozprawy, zwłaszcza w „Komunikatach Towarzystwa im. Romana Dmowskiego”, Londyn, tom I 1970/71, tom II 1979/80.]

 

 

JEGO PRÓBY ZAMACHU W 1922 i 1923 ROKU

 

Piłsudski spodziewał się, że po rozwiązaniu Sejmu obranego w roku 1919 (Ustawodaw­czego) nowy Sejm, obrany w roku 1922-im, w innej już ogólnej sytuacji, zapewni mu pełne zwy­cię­stwo i na nowo pozwoli mu stać się w Polsce już nie półdyktatorem, ale pełnym dyktatorem. Zawiódł się jednak. Wyborów nie wygrał.

Wybory te przyniosły dziwny rezultat. W społeczeństwie polskim przyniosły pełne zwy­cię­stwo przeciwnikom Piłsudskiego, mianowicie głównie szeroko pojętemu obozowi narodowemu, z udzia­łem prawicowego odłamu ludowców (partii Witosa). Ale w wyborach tych, wobec zakoń­czenia wojny i zawarcia pokoju i znalezienia się w granicach Polski Ziem Wschodnich i Galicji Wschodniej, w których żyła liczna ludność ruska (ukraińska) i białoruska, a ponadto wobec tego, że z Rusinami i Białorusinami połączyły się grupy ludności niemiecka i żydowska, żyjące w Polsce centralnej i zachodniej, pojawiła się w Sejmie liczna reprezentacja "mniejszości narodowych". Owe mniejszości narodowe utworzyły jeden wspólny blok wyborczy, w istocie antypolski. Przewodzili temu blokowi, głównie Żydzi, w mniejszym stopniu Niemcy. Dzięki temu, że partie polityczne wszy­stkich czterech głównych mniejszości narodowych głosowały na jedną listę, uzyskały one wiel­ką liczbę mandatów. (Przywódcą Bloku Mniejszości Narodowych został polityk żydowski, wielki wróg Polski, późniejszy polityk w republice izraelskiej Icchok Grünbaum vel Grynbaum. Dużą role odgrywali w tym ugrupowaniu, wśród Niemców, późniejsi hitlerowcy, a wśród Ukraiń­ców skrajne grupy zaciekłych wrogów Polski). W sejmie Blok Mniejszości Narodowych opowiadał się po stronie Piłsudskiego i lewicy. Tak więc wśród posłów narodowości polskiej obóz prawicy miał druzgocącą większość, ale wśród ogółu posłów siły prawicy z Jednej strony, a polskiej lewicy łącznie z mniej­szościami narodowymi były, nie licząc ludowców Witosa niemal równe.

Obóz prawicy, to znaczy obóz Dmowskiego miał w Sejmie 187 mandatów (z czego dwa klu­by prawicowe, Związek Ludowo Narodowy Głąbińskiego, Seydy, Stanisława Grabskiego, księ­dza Lutosławskiego, Zamorskiego, Czetwertyńskiego, Zdziechowskiego i innych, 98 posłów oraz stronnictwo Chrzęścijańsko-Narodowe Dubanowicza i Strońskiego, 17 posłów, a skłaniająca się ku prawicy chrześcijańska Demokracja Korfantego i Chacińskiego 44 posłów i Narodowa Partia Robotnicza 18 posłów) Lewica 97 mandatów (z czego PPS 41, PSL Wyzwolenie 48, PSL Lewica - grupa Stapińskiego - 2, Radykalne Stronnictwo Chłopskie ks. Okonia - 4, komuniści 2). Centrowe ugrupowanie PSL Piasta, czyli prawicowych ludowców, którym przewodził Witos 70 posłów. Mniej­szości narodowe 87 posłów w czym Żydzi 35, Ukralńcy 25, Niemcy 16, Białorusini 11, Bezpartyjni 3. Razem szeroko pojęta prawica 187, szeroko pojęta lewica 97, partia ludowcowa Witosa 70, mniejszości narodowe 87, bezpartyjni 3. Ale także i łącznie z mniejszościami naro­do­wymi obóz Piłsudskiego nie miał w nowoobranym Sejmie większości: lewica łącznie z mniej­szoś­ciami miała w Sejmie 184 posłów, prawica łącznie z partią Witosa 257 posłów.)

Piłsudski spodziewał się, że wybory przyniosą mu druzgocącą większość i że Sejm przej­dzie do porządku nad uchwaloną przez poprzedni Sejm konstytucją i że nie tylko obierze go na głowę państwa, ale także udzieli mu uprawnień o charakterze dyktatorskim. Ale było jasne, że Sejm nie obierze go na prezydenta Rzeczypospolitej, nawet takiego, który miałby tylko uprawnienia przy­znane mu przez konstytucje. W tych warunkach, nie zamierzał nawet na Prezydenta kandy­dować. Natomiast postanowił Sejm i konstytucję obalić i stać się w Polsce dyktatorem nie konsty­tucyjnym.

Naogół nie wiedziano o tym w Polsce miedzy wojnami. Ale liczne fakty, ujawnione już po wojnie, głównie drogą ogłoszenia na emigracji wspomnień tych, którym różne zakulisowe infor­macje były znane, sprawiły, że stało się rzeczą wiadomą, iż Piłsudski w roku 1922 i 1923 usiłował zdobyć w Polsce władzę dyktatorską drogą rewolucyjnego przewrotu, co mu się nie udało, ale co jednak osią­gnął w maju 1926-go roku drogą zamachu stanu i krótkiej wojny domowej.

Do powodzenia jego zamierzeń przyczyniły się w niemałym stopniu błędy popełnione przez zbyt zaufaną w sobie większość sejmową. Wprawdzie tuż przedtem prawica i obóz ludowców Witosa działały w zgodnym porozumieniu: przy wyborze marszałków Sejmu i Senatu oba obozy głosowały na wspólnych kandydatów i obrały ludowca Rataja w Sejmie (252 głosami przeciwko 177 głosom na kandydata lewicy) i narodowca Trąmpczyńskiego w Senacie. Ale zaraz potem w gło­sowaniu (łącznym Sejmu i Senatu) na prezydenta Rzeczypospolitej narodowcy i ludowcy nie wy­sunęli wspólnego kandydata. Narodowcy wysunęli kandydaturę hrabiego Maurycego Zamoy­skiego, który był wówczas posłem (ambasadorem) w Paryżu. Ludowcy wysunęli kandydaturę Stanisława Wojciechowskiego. Gdy przy kolejnych głosowaniach kandydatury, które uzyskały najmniej głosów odpadały, zostało w końcu tylko dwóch kandydatów: Zamoyski i Narutowicz. Ludowcy Witosa ostatecznie zdecydowali się rzucić swe głosy na Narutowicza. W rezultacie Zamoyski uzyskał 227 głosów (wszystko głosy polskie), a Narutowicz 289 głosów (w czym 186 głosów polskich i 103 głosy żydowskie, ukraińskie, niemieckie i białoruskie), przy czym 27 posłów (Narodowej Partii Robotniczej) wstrzymało się od głosowania. Tym sposobem obrany został Narutowicz.

Było ze strony narodowców wielkim błędem, ze wysunęli kandydaturę Zamoyskiego. Wprawdzie był to kandydat znakomity: był to jeden z najmądrzejszych, patriotycznych a umiar­kowa­nych polityków jego epoki. Był to także człowiek wielkiej zasługi. To pod jego osobistą gwa­rancją finansową uzyskana została od rządów francuskiego i angielskiego pożyczka, która umoż­liwiła działalność Polskiego Komitetu Narodowego w Paryżu. Zamoyski był w czasie wojny wiceprezesem tego Komitetu i zastępował prezesa Romana Dmowskiego w chwilach jego nieo­bec­ności, co było szczególnie ważne w chwilach, gdy Dmowski przebywał w Ameryce, a wojna wła­śnie się kończyła. Dokonał on w tym charakterze kilka decydujących historycznych rozstrzygnięć i zarządzeń. Jego obiór byłby demonstracją ścisłych związków Polski z obozem antyniemieckim w polityce euro­pej­skiej. Zarazem uczyniłby w Polsce głową państwa człowieka wysoce doświad­czonego, sprawiedli­wego i szlachetnego.

Ale miał on Jedną wadę: był najbogatszym Polakiem, hrabią, ordynatem ordynacji zamoj­skiej. Kandydatura Jego była nie do przyjęcia dla większości członków stronnictwa ludowego Piast, którzy byli dobrymi Polakami i patriotami, ale jednak nie byli wolni od chłopskich uprzedzeń i nie mogli się pogodzić z myślą, że głową państwa w Polsce będzie hrabia i najwybitniejszy w Polsce "obszarnik".

Witos osobiście byt zwolennikiem obrania Zamoyskiego na Prezydenta Rzeczypospolitej. Wie­­my o tym z ogłoszonych po wojnie jego pamiętników. Narodowcy w Sejmie przypuszczali, że gdy się okaże, że istnieje tylko wybór miedzy hrabią Zamoyskim, a kandydatem lewicy, masonem i ate­istą (zresztą osobiście człowiekiem szlachetnym i politycznie doświadczonym), chłopi z partii Witosa zdecydują się na poparcie hrabiego Zamoyskiego. Stało się jednak inaczej. Rzucili oni swo­je głosy na Narutowicza. Został on wskutek tego obrany.

Stworzyło to nieoczekiwaną sytuacje. Delegacja ludowców z Witosem na czele, udała się do Narutowicza z prośbą, by jednak wyboru nie przyjął. Narodowcy urządzili szereg manifestacji ulicz­nych, z nich największą w sam dzień zapowiedzianej przysięgi prezydenta w Sejmie, głównie ze studentów, wzywających Narutowicza, by odmówił przyjęcia urzędu Prezydenta na tej zasadzie, że ma przeciwko sobie większość Polaków, a został wybrany dzięki poparciu Żydów, Niemców i sepa­ra­tystów ruskich. Narutowicz odmówił zastosowania się do tych apelów. Osobiście nie chciał być Prezydentem, uważał jednak, że byłoby z jego strony tchórzostwem uchylić się od włożonego na niego przez Sejm i Senat zadania. Wybór przyjął i przysięgę prezydencką złożył. Stał się więc prawomocnym prezydentem. Przyjęli to do wiadomości też i jego przeciwnicy. Prezes Klubu Naro­dowego w Sejmie, Głąbiński złożył mu wizytę i zadeklarował w imieniu sejmowej prawicy lojalną, polityczną współprace.

Powstała sytuacja, która stworzyła dla Piłsudskiego warunki do zrobienia zamachu stanu i ob­­cia w Polsce władzy wbrew większości polskiego narodu. Piłsudski był w istocie przeciw­nikiem Narutowicza i nie życzył sobie zostania przez niego prezydentem. Ale polski ogół tego nie wie­dział, Prezydentem został człowiek, który robił wrażenie przywódcy obozu Piłsudskiego i mniej­szości narodowych, a doszedł do władzy wbrew woli większości polskiego społeczeństwa.

Pozwoliło to na operację polityczną Piłsudskiego, polegającą na tym, że opozycja przeciwko prezydenturze Narutowicza wyrazi się w morderczym zamachu na Narutowicza - i w wywołaniu przez to takiego oburzenia opinii publicznej, że porządek legalny, polegający na uchwalonej przez sejm konstytucji i dokonanych wyborach sejmowych, zostanie zmieciony z powierzchni życia i na miejsce tego konstytucyjnego porządku pojawi się rola dyktatora - pacyfikatora, który zaprowadzi w Polsce porządek i ukróci wywołane oburzeniem objawy anarchii. Tym pacyfikatorem będzie Piłsudski.

Do takiego toku wydarzeń potrzeba było tylko jednego: by Narutowicz został zamordo­wany. I to zamordowany koniecznie przez "endeka".

Taki "endek" został znaleziony. Nie był on członkiem żadnej "endeckiej" organizacji, ale znany był z tego, że miał "endeckie" poglądy. A był dość niezrównoważony i nieodpowiedzialny, a na swój sposób odważny. Był on byłym urzędnikiem Oddziału II Sztabu "Dwójki", a więc ludzie z obozu Piłsudskiego znali go i mieli do niego łatwy dostęp. To nie "endecy", to ludzie z obozu Piłsudskiego namówili go do tego, by się dołączył w sposób czynny do protestu przeciwko obraniu w Polsce głowy państwa przez Niemców, Żydów i separatystów ukraińskich, oraz polską lewicową mniejszość, wbrew woli polskiej większości - i by swój protest poparł zabiciem niefortunnego wybrańca.

Człowiekiem tym był malarz i literat, Eligiusz Niewiadomski.

Zabójstwo zrobiło w Polsce wstrząsające wrażenie. Wydawało się ono dalszym ciągiem demon­stracji ulicznych sprzed kilku dni, które wzywały Narutowicza, do nie przyjęcia wyboru, a któ­rych Narutowicz nie usłuchał.

W Polsce w ciągu jej blisko tysiącletniej historii nie było wypadku królobójstwa. Zabicie prawowitej głowy państwa było w odczuciu moralnym polskiego społeczeństwa straszliwą zbrodnią. W przeciwieństwie do niektórych innych narodów i państw, gdzie zabijanie królów i prezydentów było zjawiskiem częstym (np. w Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie trzej prezydenci zostali zamordowani jeszcze przed Narutowiczem w Polsce - Lincoln w 1865 roku, Garfield w 1881 i Mackinley w 1901, a jeszcze jeden, czwarty, Kennedy później niż Narutowicz, bo w roku 1963, - w Rosji nie licząc czasów dawniejszych, car Paweł I zamordowany przez spiskowców w 1801 roku, a car Aleksander II zamordowany przez rewolucyjnego zamachowca w 1881-szym) w Polsce nigdy królobójstwa nie było, jeśli nie liczyć zabójstwa popełnionego przez wrogów Polski, np. Przemysława II zamordowanego w 1296 roku przez Brandenburczyków.

Zabójstwo prezydenta Narutowicza wywołało w Polsce powszechne oburzenie. Dla stron­ni­ków Narutowicza było ono dowodem zbrodniczej politycznej nietolerancji. Dla stronnictw centro­wych, a także i dla wielu członków prawicy było aktem, odstręczającym od jakiegokolwiek współ­działania z rzekomymi sprawcami zabójstwa, "endekami" i burzącym solidarność prawicy i cen­trum. Ale i dla samej prawicy, a w szczególności dla jej głównego trzonu, "endeków", zabójstwo Naruto­wicza było nie tylko wydarzeniem politycznie kłopotliwym, ale i powodem niejakich wyrzu­tów sumienia. Zastanawiano się, czy propaganda przeciwko Narutowiczowi jeszcze przed złoże­niem przez niego prezydenckiej przysięgi nie była zbyt gwałtowna i czy to nie ta propaganda wywarła wpływ podburzający na niezrównoważonego zabójcę. Narodowcy skłonni byli ulegać, jeśli nie mniemaniu, to podejrzeniu, że przecież jednak obóz narodowy jest w pewnym stopniu winien tego zabójstwa, bo było ono skutkiem zwróconej przeciwko Narutowiczowi propagandy. Przez cały okres międzywo­jenny obóz narodowy nie tylko stał pod pręgierzem oskarżających go przeciwników, ale i sam w pew­nym stopniu miotany był wątpliwościami czy nie ponosi odrobiny winy za zbrodnie człowieka, który się deklarował jako narodowiec, a więc za którego należało ja­koś poczuwać się do współod­po­wie­dzialności. Co więcej, byli także i tacy narodowcy - naj­skraj­niejsi - którzy uważali, że co się stało, to się stało i nie trzeba się od tego odżegnywać, a przeciwnie trzeba popełniony czyn wziąć na swój rachunek, jako dzieło wprawdzie indywidualne, ale będące skrajnym wyrazem poglądów narodo­wych.

Obóz narodowy nagle okazał się w narodzie polskim (także i w Sejmie) osamotnionym. Opuszczony przez swoich sojuszników znalazł się w pozycji ugrupowania skrajnego, potępionego przez przeważającą część opinii publicznej i zachwianego w swej postawie, szarpanego wyrzutami sumienia, a w każdym razie wątpliwościami, czy rzeczywiście nie ponosi winy, a obok tego pod­my­­wanego przez wpływ swoich żywiołów skrajnych, uważających, ze dobrze się stało i że Niewia­domski zrobił to, co zrobić należało.

Aż do wybuchu wojny nie zrodziło się w Polsce podejrzenie, że czyn Niewiadomskiego wcale nie był przejawem skrajnych skłonności obozu narodowego, ale był wynikiem perfidnej pro­wo­kacji, zwróconej przeciwko obozowi narodowemu, która była dziełem obozu piłsudczyków, a zapewne i osobiście samego Piłsudskiego. Dopiero po wojnie poujawniały się - przede wszystkim na emigracji - fakty, świadczące o takiej prowokacji, oraz zrodziło się rozumowanie, zestawiające okoliczności nowoodkryte, lub nawet znane już przed wojną i prowadzące w sposób nieodparty do zrozumienia, kto Niewiadomskim manipulował i dlaczego.

Plan zamachowców był bardzo prosty: z powodu śmierci Narutowicza, spowodowanej przez "endeka" pojawi się w Warszawie, na znak oburzenia i protestu wielka manifestacja robotników soc­jalis­tycznych. Od manifestacji tej odłączy się przygotowana zawczasu bojówka, złożona z takich socjalistów, którzy byli w istocie członkami konspiracji piłsudczykowskiej i odwiedzi mieszkania polityków, zwłaszcza posłów sejmowych, narodowych i pokrewnych, wedle długiej dawno przygo­to­wanej listy i wszystkich ich wymorduje. Wywoła to kilkudniowy okres anarchii i bezprawia. Wte­dy Piłsudski stanie na czele wojska i ogłaszając się dyktatorem, jako czynnik rzekomo neutralny w spo­rach między partią socjalistyczną a polityczną prawicą, przywróci porządek.

Jakie metody prowokacji zastosowane były przez organizatorów krwawej intrygi, która miała doprowadzić do konfliktu w Sejmie, umożliwiającego Piłsudskiemu objecie dyktatorskiej władzy, świadczy sprawa rzekomej siostry generała Józefa Hallera, znana w ogólnym zarysie jeszcze w okre­sie międzywojennym. Gdy przyszły prezydent Narutowicz jechał otwartym powo­zem Alejami Ujazdowskimi w Warszawie w stronę Sejmu, po to, by oświadczyć, że wybór przyj­muje i by złożyć przysięgę Prezydenta i gdy powóz jego znalazł się akurat przed domem, w którym mieszkał generał Józef Haller, będący posłem do Sejmu i członkiem chrześcijańskiej demokracji, zbliżonym do "endeków", na stopteń tego powozu wskoczyła jakaś kobieta, wymyślając Naru­to­wiczowi i ciskając w niego kulami śniegu. Zatrzymał ją policjant. Wykrzyknęła wtedy, że jest córką generała Hallera i nie należy jej aresztować. Policjant odpowiedział jej, że generał Haller nie ma córki. Sprostowała wtedy, że jest nie córką, lecz siostrą generała. Policjant ją puścił. Podeszła wte­dy do mieszkania generała i nacisnęła dzwonek. Gdy ją wpuszczono, rzuciła się do nóg generałowi, przepraszając go za to, że udała jego siostrę i wciągnęła go przez to w konflikt z Narutowiczem. Zbadana przez generała i jego adiutanta, przyznała się do rzucania kul śniegu i do tego, że jest córką komendanta policji. Generał kazał jej się wynosić, ale przedtem zapytał ją o nazwisko. Nie zapisał i nie zapamiętał tego nazwiska, ale wydaje mu się, że brzmiało ono jakby Giergielewiczówna. Generał Haller opisał ten incydent po krótce w swoich pamiętnikach, a obszernie w ustnej rozmowie z księdzem Jarzębowskim, dyrektorem gimnazjum w Henley nad Tamizą, który relacje generała Hallera na gorąco spisał, przy czym po śmierci ks. Jarzębowskiego relacja ta została ogłoszona drukiem.

Już w wiele lat po wojnie zostało ustalone, że kobieta, która się podawała za siostrę generała Hallera, została jednak w końcu - przed udaniem się do mieszkania generała Hallera czy też po nim -zaprowadzona do komisariatu policji i tam ją wylegitymowano, stwierdzając, że nazywała się nie Giergielewiczówna, lecz Grochowiczówna i że była konfidentką policji. Zostało także ustalone, że poszło z nią razem do komisariatu policji kilku młodych ludzi, w czapkach studenckich, jednak nie studentów, którzy się wylegitymowali jako agenci policji.

Do powyższych informacji, dotyczących Grochowiczówny i towarzyszących jej ubranych w czapki studenckie agentów policji, dodać trzeba dziwny fakt, że nie tylko Grochowiczówna, ale także i jacyś inni ludzie, ubrani w czapki studenckie, ale nie wyglądający na studentów rzucali w przyszłego prezydenta kulami ze śniegu i wykrzykiwali zniewagi pod jego adresem. Zapewne byli to ci agenci policji, którzy razem z Grochowiczówną udali się potem do komisariatu policji. Manifestacji studenckiej, nieoczekiwanie nadano charakter zupełnie nie podobny do tego, co było jej treścią na początku.

Ale w tym samym dniu co ta manifestacja, w niewiele godzin, a może tylko minut po owym zajściu na Alejach Ujazdowskich z rzekomą siostrą generała Hallera nastąpił inny fakt niewyjaśniony, robiący wrażenie umyślnej, niegodziwej prowokacji. Na Placu Trzech Krzyży pojawiła się bojówka PPS, złożona - jak pisze socjalistyczny polityk Józef Żmigrodzki w swoich wspomnieniach - z "kil­kuset" robotników i studentów socjalistycznych. Starła się ona ze studentami - korporantami. A wtedy ktoś z pośród korporantów wystrzelił z rewolweru do idącego na czele socjalistów Jana Kałuszew­skiego, który dźwigał socjalistyczny sztandar. Kałuszewski został tra­fiony w pierś i w kilka dni potem umarł. W kilka dni potem, w dniu zabójstwa prezydenta Narutowicza odbywał się pogrzeb tego Kału­szewskiego w którym wzięło udział - wedle oceny wyżej wymienionego Żmigrodzkiego - sto tysięcy ludzi.

Zadziwiające jest, że nie przeprowadzono śledztwa, któreby ustaliło, kto do Kałuszewskiego strzelał. Korporanci nie byli grupą organizacyjnie liczną i naogół znali się miedzy sobą. Jeśli zabójcą był korporant, nie było rzeczą trudną ustalić, kto to był. A może to nie był korporant, ani student?. Może i on był noszącym czapkę korporancką niestudentem, prowokatorem policyjnym? Zapewne nie dowiemy się tego nigdy. W każdym razie sprawa jest dziwna. A było to w czasie, gdy urzędował w Polsce pozaparlamentarny "rząd zaufania marszałka Piłsudskiego", na którego czele stał Julian Nowak.

To są okoliczności uboczne i niejasne. Ale jasnym jest, że agenci policyjni działali w kieru­nku zaostrzenia manifestacji, wzywających profesora Narutowicza do nieprzyjęcia wyboru na prezydenta, a znana po nazwisku agentka policyjna Grochowiczówna, nie tylko robiła to samo, co jej koledzy, ale przedsięwzięła zadziwiającą intrygę, usiłującą skompromitować generała Hallera przez przypisanie jego siostrze robienia awantur ulicznych, przed mieszkaniem tego, generała, skierowanych przeciw człowiekowi, obranemu na prezydenta. Jakiemu celowi miała służyć ta intryga? Po co ją zrobiono?

Niejakim wytłumaczeniem jest fakt, że w następnych dniach prasa socjalistyczna w Polsce przeprowadziła wielką kampanie przeciwko generałowi Hallerowi, którego siostra rzekomo popeł­niła ordynarne awantury na ulicy, atakując przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej. Generał Haller oskarżył krakowski dziennik socjalistyczny "Naprzód" przed sądem o oszczerstwo i bez trudu uzyskał dla "Naprzodu" wyrok skazujący. Okazało się że, prawdziwa, jedyna siostra generała Hallera, nauczycielka na Śląsku, w ogóle w danym dniu nie była w Warszawie, a przebywała na Śląsku. Dlaczego przypisano jej robienie w Warszawie awantur?. Zapewne dlatego, by stworzyć pretekst do późniejszego "ukarania" generała Hallera przez oburzony tłum, to znaczy przez ową bojówkę, która miała polityków narodowych wymordować.

Wszystko powyższe - to są wiadomości o prowokacji w związku z manifestacjami studen­cki­mi w dniu 11 grudnia, a więc jeszcze przed zamordowaniem 16 grudnia Narutowicza. Nasuwają one podejrzenie, że obóz Piłsudskiego organizujący te prowokacje szykował przy pomocy zuchwałego kłamstwa, jakieś intrygi, które miały spowodować oburzenie opinii publicznej przeciwko endekom.

Sprawa policjantki Grochowiczówny była w podstawowym zarysie znana już w okresie międzywojennym.

Ale rzecz bardzo ważna została ujawniona już po wojnie. Okazało się mianowicie, że w ko­łach wojskowych, najwidoczniej w Oddziale Drugim Sztabu, złożonym ze stronników i współ­kon­spi­ra­torów Piłsudskiego, wiedziano co najmniej na kilka godzin, przed zabójstwem Narutowicza, że będzie on zamordowany. Znano nawet nazwisko zabójcy Eligiusza Niewiadomskiego.

W dniu zabójstwa prezydenta Narutowicza, ale na kilka godzin przed tym zabójstwem, wy­jeżdżał z Warszawy do Torunia senator ksiądz prałat Feliks Bolt, członek Stronnictwa Narodowego. Gdy pociąg stał jeszcze na dworcu w Warszawie i gdy ks. Bolt znajdował się w tym pociągu w przedziale zarezerwowanym dla posłów i senatorów, do przedziału tego weszli dwaj oficerowie w mundurach i powiedzieli księdzu Boltowi, że nie powinien z Warszawy wyjeżdżać, gdyż prezydent Rzeczypospolitej, Narutowicz został zamordowany i sytuacja polityczna wymaga, by był on w Warszawie obecny. Było to na kilka godzin przed aktem zabójstwa. Ksiądz Bolt zlekceważył tę wiadomość i pozostał w pociągu, a oficerowie z pociągu wysiedli. Ale w kilka godzin potem pociąg dojechał do Torunia - i właśnie wtedy nadeszła do Torunia wiadomość, że prezydent Narutowicz rzeczywiście został zamordowany. Owi oficerowie to byli zapewne funkcjonariusze Oddziału II-go. Ksiądz Bolt zachował potem w tajemnicy wiadomość o owym wtajemniczneniu jakichś woj­sko­wych w zamiar, zamachu na prezydenta, uważał bowiem, że bezpieczniej będzie tej tajemnicy nie zdradzać. Powierzył jednak tę tajemnicę generałowi Józefowi Hallerowi. W czasie wojny zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym. Generał Haller ujawnił te tajemnice po wojnie w Londynie.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin