Ernst Theodor Amadeus Hoffmann
ORDYNACJA
Niedaleko od brzegów Bałtyckiego Morza leży zamek R., siedlisko rodowe baronów tegoż nazwiska. Okolica dzika i pusta, gdzieniegdzie tylko ze zwałów ruchomego piasku wychyli się źdźbło trawy; w miejsce ogrodu, który zwykle zdobi pańskie siedlisko, przyczepił się do nagich murów od strony lądu nędzny lasek sosnowy, którego wiecznotrwała, posępna żałoba wzgardziła bujną ozdobą wiosny: tu, zamiast wesołych śpiewów zbudzonego do nowych rozkoszy ptactwa, słychać tylko nieprzyjemne krakanie kruków lub świegotliwy pisk mew burzę zwiastujących. O jakiś kwadrans drogi dalej nagle zmienia się natura. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znajdujemy się wśród kwitnących błoni, bujnych łąk i pól. Ukazuje się duża, bogata wieś z obszernym domostwem rządcy. Na wierzchołku porosłego olchami, przyjemnego wzgórza widać fundamenty wielkiego zamku, który zamierzał wystawić jeden z poprzednich posiadaczy. Następcy jego, przemieszkując w Kurlandii, poniechali dalszej budowy, a baron Roderyk von R., choć znów osiadł w rodzinnym gnieździe, nie chciał zajmować się nowym gmachem, gdyż pobyt w starym, odosobnionym zamku więcej przypadał do jego ponurego i odludnego usposobienia. Kazał jak bądź podreperować walące się mury i zakopał się w nich ze zgryźliwym marszałkiem i niewielką gromadką służby. Bardzo rzadko
pokazywał się we wsi, często natomiast błądził konno nad brzegiem morza i można było z daleka zauważyć, jak odzywał się do wzburzonych fal i przysłuchiwał szumowi i łoskotowi rozbijających się o skały bałwanów. Na najwyższym wierzchołku strażniczej wieży urządził sobie obserwatorium, które wyposażył w teleskop i wszelkie przyrządy astronomiczne, stamtąd spoglądając na morze obserwował we dnie okręty, które na podobieństwo białych ptaków morskich często przepływały na dalekim widnokręgu. Gwieździste noce spędzał na pracach astronomicznych albo, jak utrzymywano, astrologicznych, w których mu stary marszałek pomagał. Za jego życia krążyła uporczywa gadka, iż poświęcał się tajemniczej wiedzy zwanej czarną magią i że jakaś chybiona operacja, którą panująca rodzina książęca poczuła się mocno dotknięta, zmusiła go do opuszczenia Kurlandii. Najlżejsza wzmianka o tamecznym jego pobycie przejmowała go zgrozą, przez całe jednak życie przypisywał to, co mu się tam zdarzyło, winie przodków, którzy niebacznie porzucili swoje gniazdo rodzinne. Aby przynajmniej głowę rodziny przywiązać na przyszłość do domu ojczystego, zamienił posiadłość tutejszą na ordynację.
Panujący tym chętniej zezwolił na to, że tym sposobem kraj odzyskiwał bogatą w cnoty rycerskie rodzinę, której boczne linie już się za granicę przeniosły. Jednakże ani syn Roderyka, Hubert, ani obecny ordynat, noszący jak jego dziad imię Roderyk, nie mieli ochoty mieszkać w rodzinnym zamku, obaj przebywali w Kurlandii. Snadź weselszego i więcej towarzyskiego będąc usposobienia niż ich ponury przodek, lękali się strasznej samotni tego siedliska.
Baron Roderyk dwom starym i niezamężnym siostrom swojego ojca, które, skromnie wyposażone, żyły w niedostatku, wyznaczył w tym majątku mieszkanie i utrzymanie. Zajmowały one wraz z leciwą sługą ciepłe pokoiki w bocznym pawilonie, oprócz nich i kucharza, który w dolnej części zamku obok kuchni miał obszerne pomieszczenie, w wyższych pokojach i salach głównego gmachu nie było nikogo, kręcił się tam tylko strzelec, który zarazem pełnił obowiązki burgrabiego. Reszta służby zamieszkała we wsi, przy rządcy.
Dopiero późną jesienią, kiedy już pierwsze śniegi zaczęły padać, kiedy nadchodził czas polowań na wilki i dziki, pusty i opuszczony zamek nagle się ożywiał. Wtedy przybywał z Kurlandii baron Roderyk z małżonką, w towarzystwie krewnych, przyjaciół i licznego grona myśliwych. Nadciągała okoliczna szlachta, przybywali zapaleni zwolennicy polowania z pobliskiego miasta; główny gmach i
przyległe oficyny zaledwie mogły pomieścić napływających gości; we wszystkich piecach i na wszystkich kominach palił się obficie podsycany ogień, od rana do wieczora obracały się na rożnach pieczenie; od piwnic począwszy aż do samego strychu biegało mnóstwo rozochoconych ludzi, tak sług jak i panów; tu słychać było brzęk pucharów i wesołe pieśni myśliwskie, ówdzie odgłosy tańczących przy nielitościwie wrzaskliwej muzyce, a wszędzie wrzawa i śmiechy. I tak przez jakie cztery lub sześć tygodni zamek podobniejszym był do bogatego zajezdnego domu, leżącego przy wielkim gościńcu, niż do wspaniałej pańskiej siedziby. Baron Roderyk, o ile mógł, oddawał się w tym czasie także poważnym zajęciom; uwolniwszy się od wrzawy napływających wciąż gości, dopełniał obowiązków ordynata. Nie tylko kazał sobie zdawać ścisły rachunek z dochodów, ale już to badał projekty dotyczące ulepszeń, już to słuchał drobnych zażaleń swoich poddanych, starając się wszystko uporządkować i każdemu wynagrodzić nadużycie lub niesprawiedliwość. W tych zajęciach szczerze mu dopomagał stary adwokat V., który po ojcu odziedziczył stanowisko powiernika rodziny barona i był plenipotentem majętności w pobliżu miasta P.
leżących. Zwykle na jakiś tydzień przed zapowiedzianym przybyciem barona adwokat V. udawał się do siedziby ordynacji.
W roku nadszedł właśnie moment, kiedy stary V. wybierał się do R. Chociaż siedemdziesięcioletni staruszek czuł się w pełni sił, pomyślał jednak, że nieźle by było mieć pomoc pod ręką. Dlatego pewnego dnia rzekł do mnie żartobliwie: — Kuzynku — tak mnie bowiem nazywał, jako wnuka po bracie, noszącego to samo co on nazwisko — może zechcesz, aby wiatr morski trochę ci w uszach poszumiał, i pojedziesz ze mną do R. Będziesz mi mógł być pomocny w zawikłanych interesach, skosztujesz też myśliwskiego życia i zobaczysz, czy napisawszy z rana zręczny protokół, potrafisz spojrzeć w błyszczące ślepie burego wilka albo dzika o wyszczerzonych kłach, a nawet ubić zwierza celnym wystrzałem.
Gdybym nawet nie słyszał już tylu osobliwych rzeczy o wesołych polowaniach w R., gdybym nie był tak serdecznie przywiązany do poczciwego starego dziadka stryjecznego, to i tak bym się wielce
uradował, że mnie chce zabrać ze sobą. Obeznany dobrze z rodzajem spraw, jakie prowadził, przyrzekłem dołożyć wszelkich starań, aby mu umniejszyć trudu i kłopotów. Nazajutrz, otuleni w ciepłe futra, siedliśmy do powozu i wyruszyliśmy do R., przy silnym wietrze, zapowiadającym zamieć śniegową.
W czasie drogi opowiadał mi starzec różne dziwne rzeczy o baronie Roderyku, założycielu ordynacji, który, pomimo że dziadek był wtedy bardzo młody, mianował go swoim plenipotentem i wykonawcą testamentu. Mówił o surowym i dzikim charakterze starego barona, który, zdaje się, przekazał w spadku całej rodzinie; nawet teraźniejszy ordynat, choć zapowiadał się jako młodzieniec łagodny, prawie kobiecego usposobienia, z każdym rokiem bardziej temu charakterowi ulega. Zalecił mi, abym postępował śmiało i odważnie, jeśli chcę mieć jakąś wartość w oczach barona, wreszcie opisał mi mieszkanie w zamku, które so
bie raz na zawsze wybrał, ciepłe, wygodne i tak na uboczu położone, iż jeśli zechcemy, możemy się usunąć od szalonej wrzawy rozochoconego towarzystwa. Mieszkanie składało się z dwóch pokoików, opatrzonych ciepłymi obiciami, leżących tuż obok wielkiej sali sądowej, w bocznym pawilonie, naprzeciwko mieszkania zajmowanego przez stare panny. Po krótkiej, ale uciążliwej jeździe, późno w nocy przybyliśmy do R. Przejeżdżaliśmy przez wieś, była właśnie niedziela, w karczmie muzyka, tańce i wesoła wrzawa, dom rządcy cały od dołu do góry oświetlony, a w nim także muzyka i śpiewy; tym straszniejsze wydało się nam pustkowie, do którego teraz wjeżdżaliśmy. Wicher morski wył przeraźliwie, a posępne sosny, jakby zbudzone przezeń z głębokiego snu, odjękiwały mu głuchą skargą.
Nagie, czarne mury wynurzyły się z pokrytej śniegiem ziemi; zatrzymaliśmy się przed zamkniętą bramą. Nic nie pomagały wołania, trzaskanie z bicza, stukanie i pukaniejwszystko zdawało się wymarłe, w żadnym oknie nie widać było światła. Dziadek zawołał głosem silnym i groźnym:
Franciszku, Franciszku! Gdzieżeś się ukrył? Ruszże się, do diabła! Marzniemy tu na dworze. Śnieg bije w twarz, że aż krew tryska. Hej, u diabła, rusz się przecie!
Po niejakim czasie zaskomlił pies podwórzowy, zamigotało światło w dolnych oknach zamkowych; zabrzęczały klucze i skrzypnęły ciężkie wrota.
Witamy, witamy pana, plenipotencie, ach, w taką straszną niepogodę! Tak mówił stary Franciszek, wysoko unosząc latarnię, tak że całe światło padło na jego pomarszczoną twarz, dziwnie wykrzywioną w życzliwym uśmiechu. Powóz wjechał na dziedziniec, wysiedliśmy i teraz dopiero mogłem obejrzeć starego sługę, ubranego w dziwaczną staroświecką liberię z galonami. Na szerokie, białe czoło opadały pukle siwych włosów, ale dolna część twarzy była rumiana, jak to bywa u strzelców; mimo wydatnych mięśni,
czyniących z twarzy jakby straszną maskę, w spojrzeniu, w wyrazie ust widać było tępą dobroduszność.
— No, mój stary — rzekł dziadek wchodząc do przedsionka i strzepując śnieg z futra — czy wszystko przygotowane? W pokoikach moich wytrzepano obicia? Pościel powleczona? A wczoraj i dziś czy napalono w piecu?
— Nie, szanowny panie plenipotencie — odrzekł Franciszek spokojnie — nic nie zostało przygotowane.
— Na miłość Boską! — zawołał dziadek — wszak dosyć wcześnie pisałem i w oznaczonym dniu przybywam. Co za niedbalstwo! W izbach moich pewnie zimno jak w lodowni.
— Widzi pan, szanowny panie sędzio — odparł Franciszek objaśniając szczypcami świecę i przydeptując nogą knot nie dopalony — to wszystko, a mianowicie napalenie w piecach, niewiele by pomogło, bo wiatr i śnieg wpadają przez wybite szyby, a w takim razie...
— Co?! — przerwał mu dziadek, odrzucając futro i krzyżując ręce — okna powybijane, a ty,
burgrabia, niceś temu nie zaradził?!
Tak, szanowny panie sędzio mówił stary dalej z największym spokojem nie można było nic zrobić, bo strasznie dużo gruzu i kamieni leży w pokojach.
A cóż do stu tysięcy!... krzyknął dziadek. Skąd się wzięły gruz i kamienie w moich pokojach?
Na zdrowie, paniczu! zawołał stary, grzecznie mi się kłaniając, gdyż właśnie kichnąłem, a potem dodał: Tynk i kamienie powypadały ze środkowej ściany, która runęła.
A czyżeście tu mieli trzęsienie ziemi?! wrzeszczał rozgniewany dziadek.
Tak źle nie było, szanowny panie plenipotencie odrzekł stary śmiejąc się całą gębą ale przed trzema dniami ciężki, wykładany drewnianymi taflami sufit w sali sądowej zawalił się z wielkim trzaskiem.
— Ależ do!... — Mój stryjeczny dziadek, żywy i porywczy z natury, chciał już potężnie zakląć, nagle się przecież powstrzymał i wznosząc prawą rękę do góry, a lewą poprawiając na głowie lisią czapkę, zwrócił się do mnie i rzekł głośno się śmiejąc:
— Prawdziwie, kuzynku, bądźmy cicho, nie pytajmy o więcej, bo dowiemy się o jakim większym nieszczęściu: że cały zamek zapadł się pod ziemię. Ale — mówił dalej, zwracając się do starego — nie mogliście to, Franciszku, być na tyle rozgarniętym i inny pokój mi uprzątnąć i ogrzać? Nie mogliście przygotować naprędce jakiejś innej sali w głównym gmachu, abyśmy mieli gdzie sądy odprawiać?
— Tak też zrobiliśmy — odrzekł stary i uprzejmie wskazał schody, na które zaraz wstępować zaczął.
— Cóż za dziwak osobliwy! — zawołał dziadek i ruszyliśmy za starym.
Szliśmy przez wysoko sklepione korytarze. Migotliwe światło rzucało w głęboką ciemność dziwny odblask. Kolumny, kapitele, śmiałe łuki ciągnęły się w nieskończoność; olbrzymim krokiem
postępowały nasze cienie, przesuwając się po dziwacznych malowidłach ściennych, które zdawały się drżeć i poruszać, szepcąc groźnie w odgłosie naszych kroków: Nie budźcie nas, nie budźcie nas, co tu śpimy snem zaklętym w tych starych murach! Na koniec, przeszedłszy cały rząd zimnych i ciemnych pokojów, otworzył nam Franciszek salę, w której jasny ogień, trzaskający na kominie, mile nas powitał, niby ojczyste pozdrowienie. Wszedłszy poczułem się od razu doskonale, ale dziadek długo stał na środku sali, spoglądał wokoło i rzekł poważnym, prawie uroczystym głosem:
Tu więc ma być sala sądowa?
Franciszek podniósłszy światło tak wysoko, że na obszernej, ciemnej ścianie dostrzec można było szeroką plamę, niby drzwi wielkie, rzekł z ponurym smutkiem:
Wszak tu już się sądy odbywały.
— Cóż ci przyszło do głowy, stary?! — zawołał dziadek, zrzucając futro i przybliżając się do komina.
— Ot, tak wyrwało się — odrzekł Franciszek. Zapalił świece i otworzył przyległy pokój, który przygotowany był widocznie na nasze przyjęcie. Wnet stanął przed kominem stół nakryty, stary przyniósł półmiski dobrze przyrządzonych potraw, do których, ku wielkiej uciesze dziadka i mojej, podał sporą ważkę ponczu prawdziwie na północny sposób przyprawionego. Dziadek, znużony podróżą, udał się na spoczynek natychmiast po wieczerzy. Co do mnie, nowość i osobliwość miejsca, w którym przebywałem, a może i poncz, zbyt oddziałały na mnie, abym mógł myśleć
o spaniu. Franciszek sprzątnął stół, podsycił ogień na kominku i odszedł, uprzejmie się skłoniwszy.
Siedziałem sam w wysokiej, obszernej sali rycerskiej. Śnieżyca ustała, wicher ucichł, niebo się wypogodziło i jasny księżyc w pełni spłynął przez duże łukowe okno, magicznym blaskiem rozjaśniając ciemne zaułki tego osobliwego gmachu, których skąpe światło świecy i ognia na
kominku dosięgnąć nie mogły. Jak to się jeszcze zdarza w starożytnych zamkach, ściany i sufit sali ozdobione były w szczególniejszy sposób: pierwsze pokryte ciężkimi drewnianymi taflami, drugie zaś fantastycznymi obrazami i snycerską robotą, pozłacaną lub barwnie pomalowaną. Z wielkich obrazów, po większej części przedstawiających dzikie sceny polowania na niedźwiedzie i wilki, sterczały rżnięte z drzewa głowy ludzi i zwierząt, przyprawione do malowanych ciał tak, iż całość zwłaszcza przy migotliwym i drżącym blasku ognia i księżyca ożywała z przerażającą wyrazistością. Między tymi obrazami były wizerunki naturalnej wielkości: postacie rycerzy kroczących w myśliwskich strojach, zapewne przodków pana zamku. Zszarzałe malowidła
i rzeźby nosiły wyraźne piętno swej długowieczności, tym bardziej więc raziło jaśniejsze i puste miejsce na ścianie, w której znajdowało się dwoje drzwi wiodących do przyległych komnat; domyśliłem się, że i tam
drzwi być musiały, później zostały zamurowane i dlatego właśnie nowy mur tak się różni od innych ścian, malowanych i rzeźbą ozdobionych.
Któż nie wie, jak pobyt w miejscach niezwykłych zdolny jest tajemniczą siłą opanować naszego ducha, jak najleniwszą nawet wyobraźnię pobudzić może dolina otoczona dziwacznymi skałami lub ponure wnętrze kościoła, jak fantazja nasza przeczuwa wtedy rzeczy nigdy wprzód nie widziane? Dodać jeszcze muszę, żem miał lat dwadzieścia i wypiłem kilka szklanek mocnego ponczu, a łatwo przyjdzie pojąć, jak dziwnie mi się zrobiło na sercu w owej sali rycerskiej. Wyobraźmy sobie ciszę nocy, wśród której słychać tylko szum morza i osobliwe świsty nocnego wiatru, niby tony potężnych organów poruszanych ręką duchów; przelatujące chmury zdają się ciekawie zaglądać przez drżące szyby sklepionych okien niby postacie olbrzymów jaśniejących blaskiem.
W samej rzeczy, z przestrachu, który mną wstrząsał, ogarnęło mnie poczucie, że teraz rozpoczynają się widocznie obce rządy. Uczucie to podobne było do zimnego, lecz przyjemnego
dreszczu, jakiego doznajemy, gdy nam ktoś opowiada żywo i obrazowo jaką powieść o strachach. Przyszło mi na myśl, że trudno o lepszy nastrój do czytania książki, którą wówczas, jak każdy hołdujący romantyzmowi, miałem w kieszeni. Był to Schillera „Duchowidz". Czytałem i czytałem, i coraz więcej rozpalała się moja wyobraźnia. Stanąłem na przecudnym opisie ślubnych godów u hrabiego V.; właśnie ukazała się krwawa postać Hieronima... gdy ze strasznym łoskotem rozwarły się drzwi prowadzące do przedsionka. Przerażony zerwałem się, książka mi z rąk wypadła. Ale w tej chwili wszystko ucichło, zawstydziłem się mojego dziecinnego strachu. Być może, skutkiem przeciągu powietrza lub z innego jakiegoś powodu drzwi się otworzyły, a moja podrażniona fantazja w naturalnym wypadku dopatrzyła się czegoś strasznego. Uspokoiwszy się, podniosłem książkę z ziemi i rzuciłem się znowu w po
ręczowe krzesło. Wtem... idzie coś cicho, wolno, miarowym krokiem; idzie w poprzek sali, a idąc wzdycha i jęczy. W tych westchnieniach i jękach brzmi najgłębsze ludzkie cierpienie, boleść niepocieszona. — Ha, pomyślałem, to zapewne jakieś biedne, chore stworzenie zamknięto gdzieś na dole; a w nocy, wiadomo, jakie powstają złudzenia akustyczne, gdy najodleglejszy szmer zwiększa się i zdaje bliskim; któż by się takimi rzeczami trwożył! — Tak, uspokajam się na nowo. Ale teraz... coś wdrapuje się na ów mur nowy, wydając coraz głośniejsze i boleśniejsze jęki, jakie tylko w strasznej chwili konania słyszeć można. — Tak, to jakieś biedne zamknięte zwierzę... Zawołam głośno, stuknę mocno w podłogę, wszystko umilknie albo też zwierz z dołu wyraźniej i naturalnym swym głosem się odezwie! — Tak myślałem, ale krew zakrzepła mi w żyłach, zimny pot oblał czoło; zdrętwiały siedziałem w fotelu, nie mogąc ani wstać, ani głosu wydać. Straszliwe drapanie ustało; kroki na nowo słyszeć się dały. Wtedy oprzytomniałem, życie wstąpiło we mnie. Podniosłem się
szybko i parę kroków nostamłem, lecz lodowaty powiew przeszedł po sali i w tej samej chwili jasne światło księżyca padło na wizerunek jakiegoś bardzo poważnego, prawie strasznie wyglądającego męża, a z ust jego wyszedł słyszałem to wyraźnie wśród odgłosu fal morskich i poświstów wichru północnego głos ostrzegający: Ani kroku dalej, jeśli nie chcesz popaść w straszną otchłań świata duchów! Znów się drzwi zamknęły, z tym samym co wprzód łoskotem, i zdało mi się, że słyszę kroki w przedsionku. Ktoś schodził na dół. Główne drzwi zamkowe zaskrzypiały straszliwie i zatrzasnęły się. Potem zdało mi się, że ktoś konia wyprowadził ze stajni, a po niejakim czasie znów go do stajni odprowadził... wreszcie wszystko ucichło. W tej chwili posłyszałem, jak dziadek wzdycha i jęczy w przyległym pokoju. To mi wróciło przytomność, wziąłem świecę i poszedłem do niego. Staruszek zdawał się walczyć z jakimś złym, strasznym snem.
Zbudź się, zbudź! — zawołałem głośno, szarpiąc go za rękę i skierowując mu światło na twarz. Dziadek podniósł się z głuchym jękiem, spojrzał na mnie życzliwie i rzekł:
— Dobrześ zrobił, kuzynku, żeś mnie obudził. Ej, szkaradny sen miałem, a winne temu te pokoje i sala, bo przywołały wspomnienia o czasie upłynionym i o dziwach, które się tu działy. Ale teraz możemy już spać spokojnie.
Potem okrył się kołdrą i zdawało się, że natychmiast zasnął. Ale kiedym świ...
robinmax