Harry Harrison
Ulice Aszkelonu
(The Streets of Ashkelon)
tłumaczył Radosław Kot
HTML - Grabcu
Ponad wieczną osłoną chmur Świata Weskera dał się słyszeć narastający,
przytłumiony łoskot. Handlarz Garth zatrzymał się raptownie, pozwalając butom
zagłębić się w błotnistej mazi, i przyłożył dłoń do ucha. Zniekształcony przez
gęstą atmosferę grzmot był coraz głośniejszy.
- To brzmi podobnie jak hałas czyniony przez twój podniebny statek - powiedział
Itin przetrawiając powoli skrawki informacji, by z zachowaniem wszelkich zasad
tutejszej logiki przeanalizować dokładnie każdy z osobna. - Ale przecież twój
statek stoi wciąż tam, gdzie wylądowałeś, i chociaż w tej chwili go nie widzimy,
musi tam stać, jesteś bowiem jedyną osobą, która potrafi go obsługiwać. Nawet
gdyby ktoś jeszcze to umiał, słyszelibyśmy najpierw odgłosy jego startu.
Ponieważ tak nie było. a ten hałas jest niewątpliwie wydawany przez pojazd
kosmiczny, zatem musi to być...
- ...jakiś inny statek - uciął Garth, zbyt zajęty własnymi myślami, by
cierpliwie czekać, aż Itin dobrnie do końca łańcucha logicznego. Z całą
pewnością był to jakiś inny gość z przestrzeni, kierujący się, podobnie jak on
przedtem, na sygnał radaru S.S. Pojawienie się kogoś takiego była tylko kwestią
czasu. Nowo przybyły niewątpliwie szybko dojrzy na ekranach statek handlarza i
postara się wylądować jak najbliżej.
- Lepiej się pospiesz, Itin -stwierdził Garth. - Najszybciej dotrzesz do wioski
wodą. Powiedz wszystkim, by schowali się w bagnie, byle dalej od stałego lądu.
Urządzenia tego statku wytwarzają podczas lądowania tak wysoką temperaturę, że
każdy, kto znajdzie się w miejscu przyziemienia, zostanie dosłownie ugotowany.
Była to groŹba, którą niewielki, ziemnowodny mieszkaniec Świata Weskera
zrozumiał od razu. Zanim jeszcze Garth skończył mówić, Itin zwinął żebrowane
uszy niczym nietoperz skrzydła i bez szmeru dał nurka do pobliskiego kanału.
Garth ruszył dalej przez hamującą kroki maŹ, docierając do skraju wioski w
chwili, gdy łoskot przeszedł w ogłuszający ryk, a statek kosmiczny wyłonił się
spośród nisko zalegających chmur. Przesłoniwszy oczy dłonią, by nie dać się
oślepić długiemu językowi tryskającego z dysz ognia, przyglądał się z mieszanymi
uczuciami szaro-czarnej sylwetce pojazdu.
Po spędzeniu na Świecie Weskera prawie całego standardowego roku, brak
towarzystwa innych ludzi zaczynał poważnie mu doskwierać. Niemniej, podczas gdy
odziedziczony po małpich przodkach instynkt stadny domagał się swoich praw,
umysł kupca liczył pilnie słupki i dodawał zyski. Ten statek też mógł należeć do
jakiegoś handlarza, co oznaczałoby koniec monopolu na handel z tą planetą. Z
drugiej jednak strony, równie dobrze mógł to być ktokolwiek inny. Pomyślawszy
to, Garth schronił się pod gigantyczną paprocią i poluzował tkwiącą w kaburze
broń. Statek osuszył na wiór co najmniej ze sto jardów
kwadratowych moczarów, aż w końcu silniki umilkły, a stopy wsporników zagłębiły
się z trzaskiem w popękany grunt. Metal poskrzypywał jeszcze, osiadając w
miejscu, gdy chmura dymu powoli rozpływała się w wilgotnym powietrzu.
- Garth... ty szantażysto, szczekający po tutejszemu... gdzie jesteś? -
zagrzmiał głośnik statku. Sylwetka pojazdu wyglądała tylko nieco znajomo, ale
brzmienie głosu nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Garth uśmiechnął się
krzywo wychodząc na otwartą przestrzeń i zagwizdał na palcach. Kierunkowy
mikrofon na stateczniku obrócił się w jego stronę.
- Co ty tu robisz, Singh? - krzyknął do mikrofonu. Zamiast znaleŹć własną
planetę, wolisz okradać innych z uczciwych zysków? Taki z ciebie podstępny
krętacz?
- Uczciwych! - ryknął wzmocniony głos. - I kto to mówi? Człowiek, który poznał
więcej więzień niż burdeli, a tych ostatnich, słowo daję, jest niemało. Przykro
mi, kompanie z dzieciństwa, ale nie możesz liczyć na moją pomoc w obrabianiu tej
morowej dziury. Mam na oku inny, o wiele mniej śmierdzący świat, gdzie zbiję
fortunę. Zatrzymałem się tu tylko na chwilę, bo trafiła się okazja, by zarobić
uczciwie kilka kredytów. Jestem tu za taksówkę. Przywiozłem ci towarzystwo,
idealne wręcz dla ciebie. Facet nijak nie jest związany z twoim fachem, ale może
ci się przydać. Wyszedłbym sam, aby cię przywitać, gdyby nie te testy i
szczepienia. Wypuszczam pasażera przez śluzę i mam nadzieję, że pomożesz mu z
bagażem.
Przynajmniej nie będzie tu drugiego kupca, to jedno dobre. Ale jaki to niby
pasażer zechciał odbyć podróż w jedną stronę na tak zacofaną planetę? Co takiego
kryło się w pełnym rozbawienia głosie Singha? Garth obszedł statek, by znaleŹć
się naprzeciw rampy, i spojrzał na przybysza, który gramolił się przez luk
towarowy, z trudem taszcząc wielką pakę. Ten obrócił się, ukazując coś jakby
białą psią obrożę, oznaczającą duchownego. Powód wszelkich chichotów Singha z
miejsca stał się oczywisty.
- Co pan tu robi? - spytał szorstko Garth pomimo starań, by nadać głosowi jak
najłagodniejsze brzmienie. Jeśli nawet tamten to zauważył, to zignorował formę
powitania, uśmiechał się bowiem nadal i schodząc po rampie wyciągnął dłoń.
- Jestem ojciec Marek - powiedział. - Z Misyjnego Towarzystwa Braci. Miło mi
spotkać...
- Pytałem, po co pan tu przybył. - Garth panował już nad sobą, a jego głos był
cichy i wręcz lodowaty. Wiedział, co trzeba zrobić, i to jak najszybciej, jeśli
miała istnieć jeszcze jakaś szansa.
- To chyba oczywiste - powiedział ojciec Marek, wciąż pełen dobrego
samopoczucia. - Nasze stowarzyszenie misyjne jako pierwsze wysyła duchownych
emisariuszy na obce światy. Miałem to szczęście...
- Zabieraj pan tę walizkę i wracaj zaraz na statek. Nie jesteś tu potrzebny,
nikt cię nie zapraszał. Będziesz tu tylko ciężarem dla wszystkich, żaden tubylec
nie będzie nawet chciał z tobą gadać.
- Nie wiem, kim pan jest, sir, ani czemu pan kłamie powiedział ksiądz, wciąż
spokojny, ale już bez uśmiechu. Zapoznałem się dobrze z prawem galaktycznym,
podobnie jak i z historią tej planety. Nie ma tu żadnych chorób ani
niebezpiecznych zwierząt. Jest to planeta otwarta, a dopóki Inspekcja Kosmiczna
nie zmieni jej statusu, mam takie samo prawo przebywać na jej powierzchni, jak
pan.
Facet miał rację, rzecz jasna, ale Garth nie mógł otwarcie tego przyznać.
Blefował, mając nadzieję, że ksiądz nie zna dobrze swoich praw, ale niestety.
Znał. Pozostał tylko jeden sposób, by go zawrócić, póki jeszcze można to zrobić.
- Wracaj na statek! - krzyknął, nie skrywając Złości. Płynnym ruchem wyciągnął
broń i z odległości kilku cali wymierzył czarną lufę w żołądek księdza, który
zbladł, ale się nie ruszył.
- Co ty wyrabiasz, Garth?! - krzyknął przez głośnik przerażony Singh. - Ten
facet zapłacił pełną taksę za przejazd i nie masz prawa wyrzucać go z planety.
- Mam prawo - powiedział Garth, mierząc dla odmiany między oczy kapłana. - Daję
mu trzydzieści sekund na zawrócenie, potem pociągnę za spust.
- Cóż, wygląda na to, że albo oszalałeś, albo zebrało ci się na żarty. Jeśli to
dowcip, to w złym stylu. I nieudany. W te klocki ja jestem lepszy.
Umieszczona w boku statku wieżyczka z czterema działkami obróciła się z
postękiwaniem i wycelowała lufy w Gartha.
- A teraz odłóż pukawkę i pomóż ojcu Markowi przenieść bagaż - rozkazał Singh,
jakby lekko rozbawiony. - Chciałbym ci pomóc, przyjacielu, ale nie mogę. Mam
wrażenie, że jednak należy dać ci szansę zamienienia paru stów z ojcem. Wiesz,
ostatecznie poznałem go trochę w drodze z Ziemi.
Garth wcisnął broń do kabury. Czuł, że przegrał. Ojciec Marek uśmiechnął się
triumfująco i wyciągnął z kieszeni Biblię.
- Mój synu...
- Nie jestem twoim synem - wykrztusił Garth, wciąż przeżywając gorycz porażki.
Zamierzył się w gniewie pięścią, ale ostatecznie uderzył intruza otwartą dłonią.
Starczyło, by ksiądz upadł na ziemię, a białe kartki książki splamiło błoto.
Itin i inni tubylcy obserwowali to wszystko beznamiętnie. Garth nie zamierzał
niczego im wyjaśniać. Ruszył w kierunku swojego domu, ale kiedy odwrócił się,
ujrzał, że nadal stoją bez ruchu.
- Przybył jeszcze jeden człowiek - powiedział. - Trzeba mu pomóc wyładować jego
bagaże. Jeśli nie będzie miał ich gdzie schować, możecie wpakować je do dużego
magazynu, aż znajdzie sobie jakieś miejsce.
Spojrzał jeszcze, jak rozkołysanym krokiem podążają w kierunku statku, a potem
wszedł do siebie i z niejaką satysfakcją trzasnął drzwiami tak mocno, aż pękła
jedna z szyb. Istotną ulgę przyniosło mu otwarcie jednej z zaledwie kilku
pozostałych jeszcze butelek irlandzkiej whisky, którą trzymał na specjalne
okazje. Cóż, ta okazja była wystarczająco szczególna, chociaż nie taka, jakiej
Garth by pragnął. Alkohol był dobry, wypalił nieco paskudny smak, który czuł w
ustach. Gdyby mu się udało, sukces okupiłby wszystko. Ale przegrał, robiąc z
siebie dupka. Singh odpalił silniki bez jakichkolwiek pożegnań. Trudno było
powiedzieć, co sobie o tym pomyślał, ale na pewno po powrocie chlapnie coś
niestworzonego w klubie cechu. Nic, tym będzie się martwić, gdy zajrzy tam
następnym razem. Teraz trzeba ułożyć jakoś sprawy z tym misjonarzem. Wyjrzawszy
przez okno zobaczył, jak tamten w strugach deszczu walczy z namiotem, cała zaś
ludność wioski stoi w szeregu i przygląda się. Oczywiście, nikt nie zaproponował
pomocy.
Do czasu, gdy namiot już stanął, a wszystkie paczki i pudełka znalazły się w
środku, deszcz przestał padać, a poziom napoju w butelce znacznie się obniżył.
Garth czuł się o wiele lepiej przygotowany do stawienia czoła nieproszonemu
gościowi. W gruncie rzeczy pragnął nawet z nim porozmawiać, zapominając na
chwilę o interesach. Ostatecznie, cały rok bez ludzkiego towarzystwa... W takiej
sytuacji każdy kompan mógł być mile widziany. Czy przyjmiesz zaproszenie na
obiad. John Garth, napisał na odwrocie starej faktury. A może za bardzo go
przestraszył i duchowny nie zechce przyjść? Nie, tak się nie zawiera
znajomości. Wygrzebał spod pryczy pudełko dość duże, by pomieściło pistolet.
Itin czekał oczywiście za drzwiami, jako że akurat teraz wypadała jego kolej
jako dyżurnego Zbieracza Wiedzy. Garth dał mu pudło i kartkę.
- Zaniesiesz to do tego nowego człowieka - powiedział.
- Czy ten nowy człowiek nazywa się Nawy Człowiek'! - spytał Itin.
- Nie! - warknął Garth. - Nazywa się Marek. Ale proszę cię tylko, byś mu to
oddał, a nie żebyś wdawał się z nim w pogawędki.
- Nie prosisz mnie, bym z nim rozmawiał - powiedział wolno Itin. - Ale on może o
to poprosić. A inni spytają o jego imię, i gdybym go nie znał... - dalszy ciąg
zginął w huku zatrzaskiwanych drzwi. Jak zwykle, gdy Garth tracił zimną krew i
zapominał o dosłownym traktowaniu wszystkiego przez tubylców, tubylcy wygrywali
rundę. Trzaśnięcie drzwiami było półśrodkiem, przy następnym spotkaniu bowiem,
wszystko jedno, czy za dzień, za tydzień czy za miesiąc, Itin gotów był wznowić
monolog dokładnie w tym samym miejscu, w którym przerwał. Garth zaklął pod nosem
i dolni wody do dwóch ostatnich opakowań najlepszego w smaku koncentratu.
- Wejść - powiedział, usłyszawszy ciche pukanie do drzwi. Ksiądz pojawił się w
progu z pudełkiem.
- Zwracam i dziękuję, panie Garth. Doceniam pański gest. Nie mam pojęcia, co
spowodowało ten żałosny incydent na lądowisku, ale chyba najlepiej będzie o tym
zapomnieć, jeśli mamy razem mieszkać na tej planecie przez jakiś czas.
- Drinka?- spytał Garth, biorąc pudełko i wskazując na stojącą na stole butelkę.
Nalał do pełna dwie szklaneczki i wręczył jedną księdzu. - Też tak myślę, ale
jestem jeszcze chyba winien parę wyjaśnień. - Spojrzał ponuro na szkło, potem
uniósł naczynie w kierunku kapłana. - Wszechświat jest duży i powinniśmy umieć
jak najlepiej się w nim znaleŹć. Za Rozum!
- Bóg z tobą - powiedział ojciec Marek i również uniósł szklaneczkę.
- Ani nie ze mną, ani z tą planetą - powiedział zdecydowanie Garth. - I w tym
jest właśnie główny szkopuł. - Opróżnił szklaneczkę do połowy i westchnął.
- Czy chcesz mną wstrząsnąć? - spytał kapłan z uśmiechem. - Zapewniam cię, że to
nie wystarcza.
- Nie chodzi o wstrząsy, ale o fakty. Ja sam jestem kimś, kogo wy nazywacie
ateistą, a zatem mało obchodzą mnie wszystkie objawione prawdy jakiejkolwiek
religii. Co zaś się tyczy tubylców, prostych i nie uczonych, tkwią oni jeszcze w
epoce kamienia łupanego. Udało im się jednak dojść do tego miejsca w historii
bez przesądów czy nawet śladów oddawania czci bogom. Miałem nadzieję, że uda im
się uchronić przed tym jeszcze dłużej.
- Co mówisz? - kapłan zmarszczył brwi. - Chcesz powiedzieć, że oni nie mają
bogów, w nic nie wierzą? Przecież muszą umierać..:?
- Owszem, umierają i obracają się w proch. Jak wszystkie żywe stworzenia. Znają
zjawiska przyrody, jak burze, drzewa i wodę, nie czczą jednak błyskawic, duchów
drzew czy nimf wodnych. Nie ma tu ani szpetnych bożków, ani żadnego tabu, ani
klątw, które zatruwałyby im życie. To jedyne prymitywne społeczeństwo, jakie
poznałem, wolne całkowicie od przesądów i dzięki temu o wiele szczęśliwsze i
rozsądniejsze, bardziej normalne. Chciałem po prostu uchronić ich przed tego
rodzaju wpływami.
- Chciałeś pozbawić ich Boga, odebrać im zbawienie? - Oczy księdza rozszerzyły
się, a on
sam aż się cofnął. - Nie. Chciałem uchronić ich od przesądów do czasu, aż
dorosną nieco i zaczną patrzeć na sprawy bardziej realistycznie. Gdy nie będzie
już grozić im zagłada za sprawą tego wszystkiego...
- Ubliżasz Kościołowi, panie, równając wiarę z przesądami...
- Proszę - powiedział Garth, podnosząc rękę. - Żadnych sporów teologicznych. Nie
sądzę, by twoje szefostwo kupiło ci bilet po to tylko, byś mnie nawracał.
Przyjmij po prostu do wiadomości fakt, że przez długie lata dochodziłem do
mojego obecnego światopoglądu i żadna podejrzana metafizyka tego nie zmieni.
Obiecuję ci, że nie będę próbował zawracać ciebie ze złej drogi, o ile ty
obiecasz mi to samo.
- Zgoda, panie Garth. Przypomniał mi pan, że moją misją jest troska o te dusze.
Ale czemu moje dzieło tak bardzo panu przeszkadza, że aż chciał powstrzymać mnie
pan przed zejściem na ten ląd? Groził mi pan nawet bronią i... - ksiądz urwał i
spojrzał na szklankę.
- I nawet pana uderzyłem? Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie i mogę jedynie
przeprosić. Oczywisty brak dobrych manier, jeszcze gorsze usposobienie. Proszę
pożyć tu trochę, a i ksiądz nie będzie lepszy. - Garth spojrzał ponuro na swe
wielkie, złożone na stole dłonie. Na skórze widniały liczne szramy i ślady
zadrapań. - Powiedzmy, że to frustracja, ponieważ ten świat jest taki, jaki
jest. W swoim fachu musi ksiądz mieć masę sposobności, by zaglądać w mroczne
zakątki ludzkich dusz i umysłów, i wie chyba niejedno o motywach postępowania i
o szczęściu. Byłem zawsze zbyt zajęty, by pomyśleć o osiedleniu się gdzieś, o
założeniu rodziny. Do niedawna wcale mi zresztą lego nie brakowało, zacząłem
jednak myśleć o tych na poły futrzastych, na poły rybich tubylcach jak o
własnych dzieciach. Czuję się do pewnego stopnia za nich odpowiedzialny.
- Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga - powiedział cicho ojciec Marek.
- Niech i tak będzie, ale wówczas mamy tu gromadkę Jego dzieci, które nawet nie
potrafią wyobrazić sobie Jego istnienia - warknął Garth, zły nagle na samego
siebie za chwilę słabości. Zaraz jednak dał się ponieść emocjom. - Czy nie
rozumie ksiądz, jakie to ważne? Proszę pożyć trochę z nimi, a odkryje ksiądz,
jak prosta i szczęśliwa jest ich egzystencja w porównaniu z życiem w stanie
łaski, o której tyle mówicie. Czerpią przyjemność ze swego życia i nie zadają
cierpienia. Dzięki zbiegowi okoliczności są produktem swoistej ewolucji w
świecie niemal zupełnie pozbawionym bogactw, nie mieli zatem szansy wyjść poza
kulturę wieku kamienia. Umysłowo jednak mogą się równać z nami, może nawet są
lepsi. Wszyscy nauczyli się mojej mowy, bym mógł im wyjaśniać wszystko, co chcą
wiedzieć. Wiedza, jej gromadzenie, sprawia im prawdziwą satysfakcję. Wydają się
nieznośni, każdy nowy fakt musi bowiem przez nich zostać umiejscowiony w znanej
już strukturze rzeczy, ale im więcej się dowiadują, tym prędzej ten proces
przebiega. Któregoś dnia staną się pod każdym względem równi człowiekowi, pewnie
nawet nas przerosną. Czy zechciałby mi ksiądz wyświadczyć pewną uprzejmość?
- Jeśli tylko będę w stanie.
- Proszę ich zostawić w spokoju. Albo nauczać ich, skoro już ksiądz musi,
historii, filozofii, prawa, wszystkiego, co pomoże im stawić czoło realiom tego
wielkiego wszechświata, którego istnienia nawet nie podejrzewają. Ale proszę nie
mieszać im w głowach waszą nienawiścią, cierpieniem, poczuciem winy i obsesją
grzechu i kary. Kto wie, co złego może z tego wyniknąć...
- To zniewaga, sir! - powiedział kapłan, zrywając się na nogi. Ledwo sięgał
handlarzowi do brody, ale zachowywał się tak odważnie, jak ktoś przeświadczony o
słuszności swoich racji. Garth też wstał, tracąc cierpliwości. Stanęli
naprzeciwko siebie, mierząc się gniewnymi spojrzeniami, gotowi bronić własnych
poglądów.
- To ty jesteś obrazą rodzaju ludzkiego! - krzyknął Garth. - Ten wasz
niewiarygodny egotyzm każe wam wierzyć, że wasza mała mitologia, niewiele
różniąca się od tysięcy innych brzemion człowieka, jest w stanie uczynić
cokolwiek więcej, niż tylko zamroczyć nie zmącone jeszcze umysły. Czy nie
rozumiesz, że oni wierzą w prawdę i nigdy nie słyszeli o czymś takim, jak
kłamstwo? Nie są przygotowani, by zrozumieć umysły podążające innymi ścieżkami.
Nie oszczędzisz im tego...?
- Będę czynił moją powinność, gdyż taka jest wola boska, panie Garth. Oto są
boże istoty, które mają dusze. Nie mogę poniechać ich, nie mogę pozbawić ich
Słowa, które może otworzyć im wrota do Królestwa Niebieskiego.
Gdy ksiądz uchylił drzwi, wiatr rozwarł je szeroko. Kapłan zniknął w deszczowej
ciemności, a krople wody zaczęły wpadać do środka. Buty Gartha zostawiały na
podłodze błotniste ślady, gdy ich właściciel podszedł, by zamknąć drzwi i
odizolować się od siedzącego cierpliwie i nieporuszenie na deszczu Inna. Niczym
nie zrażony tubylec dalej czekał na chwilę, gdy Garth znów dopuści go do tej
wiedzy, której przywiózł ze sobą tak wiele.
Na mocy milczącego porozumienia zarówno Garth, jak i ksiądz postanowili
nigdy nie wracać do kwestii poruszonych owego pierwszego wieczoru. Kilka dni
odosobnienia pogorszyło jeszcze sprawę, obaj bowiem przez cały czas mieli
wzajemną świadomość swojej obecności. Zaczęli zatem rozmawiać ze sobą, starając
się pozostać w obrębie neutralnych tematów. Garth powoli spakował swoje towary,
ale nie wspominał głośno o tym, że jego praca dobiegła już końca i w każdej
właściwie chwili mógłby odlecieć. Zebrał dość interesujących okazów botanicznych
i potencjalnych lekarstw, by uzyskać za nie dobrą cenę i sporo namieszać na
galaktycznym rynku.
Przed jego przybyciem tutejsze rzemiosła były ledwie rozwinięte i ograniczały
się głównie do mozolnego rzeŹbienia ułamkami kamienia w twardym drewnie. Dopiero
on dostarczył narzędzi i nie obrobionych metali z własnych zapasów, w sumie
zresztą niezbyt wiele. Nim upłynęło kilka miesięcy, tubylcy nie tylko nauczyli
się robić użytek z nowych dóbr, ale zdołali przetransponować ludzkie wzory i
formy na własne wyroby, obce z gruntu ich kulturze, ale zarazem piękne.
Pozostało tylko wprowadzić ich dzieła na rynek, stworzyć zapotrzebowanie i
wrócić po więcej. Tubylcy żądali w zamian jedynie narzędzi, książek i wiedzy.
Garth był pewien, że postępując w ten sposób, z łatwością zapewnią sobie miejsce
w galaktycznej wspólnocie.
Taką przynajmniej miał nadzieję. Teraz jednak w małej osadzie, która wyrosła
wokół jego statku, powiał wiatr przemian. Już nie on był w centrum uwagi wioski.
Uśmiechał się, ile razy pomyślał o utracie swej pozycji, ale był to krzywy
uśmiech. Pełni powagi i uważni tubylcy przybywali wciąż, by pełnić dyżury na
stanowisku Zbieracza Wiedzy przed jego domem, ale ich zapisy, będące rejestracją
faktów, ani umywały się do huraganu intelektualnego, który szalał wokół osoby
księdza.
Podczas gdy Garth kazał im odpracowywać każdą książkę czy maszynę, ksiądz
rozdawał je za darmo. Garth starał się stopniować dostęp do wiedzy, traktując
tubylców jak bystre, ale niewykształcone dzieci. Chciał nauczyć je chodzić, krok
po kroku, nim zaczną biegać.
Ojciec Marek zaczął od razu wykładać im wszystkie zasady chrześcijaństwa. Jedyny
wysiłek, którego wymagał, to budowa kościoła, miejsca kultu i nauki. Z
bezkresnych, ogólnoplanetarnych bagnisk przybyło jeszcze więcej tubylców i w
ciągu paru dni stanął dach wsparty na palach. Każdego ranka kongregacja
pracowała trochę nad ścianami, a potem rzucała się do nauki wszystko
wyjaśniających, wszystko obiecujących i nade wszystko jedynych prawdziwych
faktów o wszechświecie.
Garth nigdy nie powiedział tubylcom, co sądzi o ich nowych zainteresowaniach.
Głównie dlatego, że wcale go o to nie pytali, poczucie honoru zaś nie pozwalało
mu na urządzanie łapanek na słuchaczy i wylewanie przed nimi wszystkich swych
żalów. Może byłoby inaczej, gdyby Itin zjawiał się na dyżurach, ale w dzień po
przybyciu księdza przysłano kogoś innego i Garth nie miał więcej okazji z nim
porozmawiać.
Zdziwił się zatem, gdy po siedemnastu tutejszych dniach, trzykrotnie dłuższych
od ziemskich, zaraz po śniadaniu pojawiła się na jego progu delegacja, której
przewodził właśnie Itin. Stał z lekko otwartymi ustami, podobnie jak pozostali,
ukazując podwójny rząd ostrych zębów i purpurowo-czarne podniebienie. Ten znak
uświadomił Garthowi, że delegacja przybywa w poważnym celu, otwarcie ust bowiem,
jak pamiętał, sygnalizowało nie ziewanie, lecz silne emocje - szczęście, smutek,
złość. O które z nich chodzi tym razem, nie wiedział. Tubylcy byli zazwyczaj
opanowani i zbyt rzadko widywał ich w stanie wzburzenia, by móc ustalić
przyczynę.
- Pomożesz nam, Garth? - spytał Itin. - Mamy pytanie.
- Odpowiem na każde - powiedział lekko zaniepokojony Garth. - W czym rzecz?
- Czy jest Bóg?
- Co rozumiecie przez określenie ,,Bóg"? - odpowiedział pytaniem Garth. No bo i
co miał im powiedzieć? Cóż takiego mogło lęgnąć się im w głowach, skoro aż
przyszli do niego z takim pytaniem?
- Bóg jest Ojcem naszym w Niebiesiech, który uczynił nas i chroni nas. Do
którego modlimy się o pomoc, a jeśli dostąpimy zbawienia, to wówczas u Jego
boku...
- Starczy - przerwał Garth. - Nie ma Boga. Wszyscy otworzyli usta i spojrzeli na
...
jarend1