A na etnologii…
(wywiad ze studentami Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UW)
Agnieszka Kościańska: Dlaczego poszliście na etnologię?
Klaudyna Świstow: Ja po prostu poszukiwałam kierunku, który wytłumaczy związek między baśniami i mitologią.
Marta Elas: Ja się interesowałam sprawami społecznymi i kulturowymi i nie mogłam się zdecydować, czym bardziej. Uznałam, że etnologia jest czymś pomiędzy kulturoznawstwem, analizą literatury a takimi naukami społecznymi jak na przykład socjologia czy politologia. Spodziewałam się, że będą to takie studia mocno poszerzające horyzonty, uczące o kulturach pozaeuropejskich, nie tylko o kulturze dominującej, nie tylko o kulturze wyższej, ale też o niszowych zjawiskach.
Józef Markiewicz: Były dwa powody, jeden konkretny, drugi mniej. Studiowałem filologię ukraińską, to było bardzo ciekawe, ale okazało się, że nie za bardzo mi to pasuje, ponieważ literaturę widziałem jednak w powiązaniu z pewną rzeczywistością kulturową. Z drugiej strony etnologia jawiła mi się jako taka dziedzina, poprzez którą można tworzyć swoje projekty. Wydawało mi się, że jest taka otwartość etnologii, antropologii, możliwość łączenia różnych dziedzin wiedzy, różnych doświadczeń, że antropologia czerpie z różnych dziedzin i tworzy nowy punkt widzenia. To jest po prostu taka wolność.
Magdalena Zatorska: Ja chyba nie miałam tak sprecyzowanych oczekiwań. Myślę, że moja decyzja wynikała z zainteresowania człowiekiem w sensie bardziej abstrakcyjnym, jego funkcjonowaniem w różnych konfiguracjach…
Magdalena Majchrzak: Ja tutaj znalazłam się zupełnie przypadkiem, ale…. Zaraz powiem też coś na swoją obronę. Chciałam iść na socjologię. Ale teraz zaczęłam studia na drugim kierunku, na historii, i tam mam obowiązkową socjologię – co poniedziałek dziękuje Bogu, że się nie dostałam, dopiero teraz widzę, że to nie interesowałoby mnie. To już nie chodzi o samo podejście do człowieka – w antropologii mamy do czynienia z postawieniem jednostki w centrum, a nie jednostką w relacji z grupą, społeczeństwem – tylko już o sam przedmiot antropologii, to są po prostu ciekawe rzeczy, to, co czytamy, jest po prostu ciekawe. Potem się okazało, że etnologia trafia w moje zainteresowania, których nigdy wcześniej bym nie identyfikowała z tym kierunkiem studiów.
Poszliście więc na etnologię – czy to odpowiadało waszym oczekiwaniom, a może wasze zainteresowania się zmieniły?
M.M.: Jak człowiek ma 19 lat, to trudno jest tak pokierować własnym rozwojem intelektualnym i może więcej rzeczy powinniśmy mieć na sztywno… może nie jest to popularne stanowisko, ale może powinniśmy mieć filozofię na pierwszym roku…
K.Ś.: Koniecznie!
M.M.: …językoznawstwo w szerszym zakresie i moglibyśmy być zmuszeni, odgórnie – bo nikt z własnej woli by tego nie robił – żeby liznąć też więcej takich tradycyjnych rzeczy, żeby więcej było systematyki kultury tradycyjnej…
M.Z.: Mnie tego nie brakuje specjalnie…
M.E.: Brakuje mi takiego silnego, teoretycznego podłoża, jeśli chodzi o nauki społeczne: socjologię, metodologię, niekoniecznie antropologiczną, filozofię, podstawowe informacje z dziedzin pokrewnych, które są potrzebne, żeby poruszać się po literaturze. Czytamy literaturę z dziedzin pokrewnych i mnóstwo pojęć rozumiemy intuicyjnie, nie do końca wiadomo, skąd się one wzięły. Brakuje takiej solidnej bazy.
M.M.: Poza tym, z jednej strony jest postulat interdyscyplinarności, a z drugiej na przykład socjologia… Jest taki odruch, że to jest nieciekawe, że to twarde narzędzia, a my jesteśmy tacy elastyczni. A trzeba im oddać, że socjologowie często powołują się na antropologów, chcą się rozwijać, a my twardo: nie.
M.E.: Ale mi się wydaje, że przy pisaniu pracy często się sięga do literatury socjologicznej, w socjologii bardzo wiele tematów jest opisywanych, są badania, wyniki. Często odwołujemy się do literatury socjologicznej, którą nie do końca rozumiemy, ponieważ nie mamy żadnych wiadomości na temat innych metod zbierania danych niż wywiad pogłębiony.
Ale czy nie sądzicie, że mimo wszystko antropologia daje taką perspektywę, która pozwala bardzo krytycznie czytać teksty socjologiczne?
M.E.: To prawda. Antropologia jest bardzo silnie zwrócona w stronę człowieka. A nie na społeczeństwo w ogóle, na relacje, czy tak jak kulturoznawstwo nie bada tylko tekstu. Bada człowieka jako twórcę kultury, jako znajdującego się w relacjach. To jest bardzo cenne.
M.M.: Mnie się wydaje, że u nas panuje kult postmoderni-zmu. To nie jest złe, bo to się wiąże z jakąś samoświadomością w ramach dyscypliny, ale moim zdaniem to jest pewien luksus, taka swoboda w interpretacji, ma się różne narzędzia, które pozwalają pooczerniać dyscypliny, które są bardziej uporządkowane – to powinien być przywilej kogoś, kto jest bardziej zaawansowany na tej drodze. A ja myślę, że przez pierwsze lata powinniśmy uczyć się podstaw, żeby mieć więcej instrumentów, żeby powiedzieć: to, to i to znamy, ale jesteśmy ponad to. A u nas od samego początku tego nie ma. I stąd wizerunek tego kierunku – studenci etnologii na studiach równoległych często są postrzegani jako wywrotowi, bo ciągle mówią: a właśnie, że nie! I to jest fajne, i to mi się bardzo podoba.
J.M.: To, co nas wyróżnia, to interdyscyplinarność, antropologia śmiało czerpie z innych dyscyplin, szuka powiązań. To jest otwartość i siła. Oczywiście, można dyskutować o programie, ale mogę powiedzieć, że konkretne zajęcia dały mi konkretną, powiedzmy, świadomość. Bardzo cenne są też skojarzenia, to, że podczas konkretnego wykładu muszę używać całej swojej wiedzy. To jest taka dialogowość antropologii, a jednocześnie uwrażliwienie.
K.Ś.: Ale chyba chodzi o to, że idziesz na studia i nagle wrzucony jesteś w pewne rzeczy bardzo gwałtownie. I robią ci mętlik w głowie, zaczynają cię jakoś ukierunkowywać, nagle wszystko stanowi wielki problem, nad wszystkim można siedzieć i dyskutować, obrabiać z każdej strony. I to jest bardzo piękne. Jedziesz jeszcze na badania i się zachwycasz: jacy ci ludzie są wspaniali… I nagle dochodzisz do takiego momentu, że to, co chłoniesz sobą, ten zachwyt, to każe ci po prostu o tym napisać, ale zaczyna ci brakować takiej podbudowy teoretycznej. A do tego wszyscy naokoło uważają, że ty tę podbudowę masz, nie wiadomo skąd i dlaczego. Ja tak się czuję, jestem na czwartym roku, chodzę na zajęcia ocierające się o filozofię, na których się przerabia wielkie debaty toczące się w antropologii na świecie, a okazuje się, że ja jestem zupełnie obok tego. Ale myślę, że mimo wszystko siłą antropologii jest to, że się widzi problem we wszystkim. To jest to, o czym mówi Magda: idziesz na inny kierunek i się okazuje, że ludzie nie widzą w tym nic dziwnego, że religia jest w każdej szkole podstawowej. To jest normalka! I ty siedzisz i im klarujesz, że nie ma w tym nic normalnego itd.,
a oni zaczynają się łapać za głowę: no faktycznie… Ale nie mają tej umiejętności patrzenia na to krytycznie, a to jest bardzo cenne.
To, o czym mówisz, było dla nas impulsem do rozpoczęcia debaty o zaangażowaniu społecznym antropologii. Kiedy pisałam mój artykuł, myślałam o tym, że właśnie owo problematyzowanie, podważanie kategorii takich jak „normalność”, „naturalność” powoduje, że antropologia ma ogromną siłę jako krytyka społeczna. Czy uważacie, że powinna być bardziej zaangażowana społecznie? To pytanie zadaję na dwóch poziomach: czy podejmowane te-maty powinny być bardziej ukierunkowane na problemy społeczne i czy powinniśmy w większym stopniu wychodzić poza mury uniwersytetu?
M.E.: Tak i tak. Zdecydowanie uważam, że antropologia powinna być bardziej zaangażowana. Ja sądziłam, że to będą studia, które pozwolą mi lepiej zrozumieć współczesny świat. Ale niektóre trudne pytania związane ze współczesnością nie są podejmowane.
Jakie na przykład?
M.E.: Tak jak powiedzieliśmy, antropologia znosi to, co się wydaje „naturalne”, „oczywiste”, „niekwestionowane”, a to, co się wydaje „naturalne” itd., to jest charakterystyka dyskursu dominującego, dominującej ideologii, dominujących światopoglądów. I jeżeli antropologia taką oczywistość znosi, powinna wchodzić w dyskusję z tym, co jest dominujące. A nie do końca to widzę. Zbyt mało jest odniesień, czy w dyskusjach, czy na zajęciach, do obecnej sytuacji politycznej, do problemów społecznych. Takie tematy są podejmowane, ale to są wyjątki. Ciężko jest usłyszeć o tym na zajęciach.
J.M.: Ale to się pojawia na zajęciach, często jako nić porozumienia między prowadzącymi a studentami. Zgodzę się, że te tematy nie są wystarczająco często poruszane, a jeśli już, to zbyt anegdotycznie. Mówicie o stawianiu pytań… Antropologia powinna podważać oficjalny dyskurs czy propagandę, ale z drugiej strony, powinna pokazywać inność, inne sposoby zachowania, inne sposoby życia, i może nie w kategoriach obcości, ale w kategoriach pewnej alternatywy.
M.E.: To właśnie jest podważanie tego, co dominujące! Pokazując alternatywę, pokazujesz, że to, co dominuje, nie jest ani jedyne, ani oczywiste, ani naturalne. To jest wchodzenie w dyskusję z dominującym dyskursem. Przez to wydaje mi się to dziwne, że w tak małym stopniu polska antropologia mówi na przykład o globalizacji. Często pojawia się sprzeciw wobec ingerowania antropologa, wobec na przykład komentarza na temat praw człowieka, że to jest narzucanie kategorii z naszej kultury, co w pewnym sensie jest prawdą. Taka myśl powiedziana jako coś oczywistego, że nie należy tego robić, nie jest jednak kwestią dyskutowaną. Ale antropolog, jak jedzie na badania, to nie jedzie do odgrodzonego od świata plemienia, tylko jedzie do jakiejś rdzennej ludności, która jest poddawana wpływom państwa, korporacji
– które chcą wykupić teren zajmowany przez społeczność – NGO-sów wprowadzających swoje programy. I w tym momencie nie wiem, jak można mówić o tym, że antropolog nie może nic zrobić, ponieważ byłaby to ingerencja.
M.M.: Warto też zastanowić się nad poruszanymi w Opcitowej debacie różnymi polami aktywności, na których antropologia jest nieobecna lub niewystarczająco obecna. Jeżeli mówimy o debacie publicznej, to mam wrażanie, że głównie problem jest w tym, że we wszystkich debatach chodzi
o pewien kompromis, a podważanie stanu rzeczy uważanego za oczywisty to jest za dużo dla rozmówców. Przyjdzie antropolog i wykaże, że to wszystko, co jest, jest…
Konstrukcją społeczną?
M.M.: Tak. I żeby to było konstruktywne, nie może się odbywać w takim duchu rewolucyjnym, bo to jednak chodzi
o życie ludzi.
To jest ważna kwestia: czy w ogóle język antropologiczny, problematyzujący naturalność, normalność, jest do zaakceptowania w debacie publicznej? Czy nie jest tak, że wypowiedź antropologa może przynieść zupełnie inny od zamierzonego skutek? Jeżeli powiemy na przykład, że tożsamość homoseksualna jest konstruowana społecznie, to jest to sposób wyrażenia następującej kwestii: co innego znaczy być gejem w XXI wieku w Nowym Jorku, co innego w Warszawie, a jeszcze czym innym, w sensie kulturowym, jest homoseksualizm w dziewiętnastowiecznej Europie. Ale czy takie zdanie jest skuteczne politycznie?
M.E.: Wręcz odwrotnie! Może być odczytane w ten sposób, że geje po prostu powinni zaprzestać swoich praktyk i „skonstruować się na odwrót”.
Właśnie, taka może być reakcja. Czy w takim razie język antropologiczny, przeniesiony do debaty publicznej, będzie rozumiany?
M.E.: Myślę, że to nie jest problem tylko antropologii, z tym się spotkała Magdalena Środa, kiedy powiedziała o Kościele i przemocy wobec kobiet. Jakby o tym powiedziała w Instytucie Filozofii, pewnie byłoby to w porządku, a kiedy to się pojawiło w mediach, nikt się nie wgłębiał w to, co miała na myśli. Ale to chyba nie znaczy, że osoby z wykształceniem filozoficznym czy antropologicznym nie powinny się wypowiadać. Trzeba mieć świadomość tego języka, jak on może być odebrany, i spróbować ujmować sprawy jakoś inaczej.
M.M.: Mnie się wydaje, że duch antropologiczny powinien zaczynać się w przedszkolu, tam już powinno się uczyć tolerancji. Jak ja chodziłam do szkoły, to się jakoś tam pojawiało. To jest najważniejsze zadanie: mówić o tym ludziom od początku. Wydaje mi się, że u nas – to oczywiście zależy od środowiska – można mówić o postawach ksenofobicznych, o dyskryminacji, o totalnie mocno zakorzenionych stereotypach, które porządkują świat, i trzeba mieć do tego dystans.
K.Ś.: Ja jestem teraz też na studiach lingwistycznych i te studia w ogóle nie uczą takiego dystansu. Na przykład chińskie kobiety należałoby sterylizować, bo ich jest za dużo, przyjadą i zaleją Polskę – ludzie dostają się na studia i mówią takie rzeczy! Mnie się wydaje, że to o czym mówi Magda, ten dystans, rodzi się przez głębokie roztrząsanie czegoś – siedzisz w ileś tam osób, każdy ma jakiś pogląd…
Ale realizacja postulatu Magdy powinna polegać na tym, że antropolodzy pisaliby podręczniki szkolne oparte na zasadach tolerancji, różnorodności etc.
M.M.: Mogłoby tak być. Wydaje mi się, że w Polsce brakuje ludziom takiego luzu, przydałoby się bez takiego zacietrzewiania się i krzyków. Wracając jeszcze do niebezpieczeństw w debacie publicznej, ja bym się bała, że jak będzie pojawiał się etnolog, to będzie robił za takiego pajacyka dyżurnego, który powie: a u Chińczyków to jest tak. A nie o taką obecność chodzi.
M.E.: Myślę, że to zależy, co znaczy obecność w debacie publicznej. To mogą być dziesięciominutowe dyskusje w telewizji, ale to może być pisanie do periodyków, wydawanie książek, które nie są książkami ściśle naukowymi. Ja na przykład jestem w stanie przeczytać książki na interesujące mnie tematy z innych dziedzin, socjologiczne, politologiczne, jeżeli te książki nie są pisane hermetycznym językiem – a może dlatego te dziedziny są tak silnie obecne w polskiej debacie publicznej, ponieważ potrafią przełożyć ściśle naukowy język na coś, co jest bardziej zrozumiałe? Myślę, że antropolog może pomóc zrozumieć inną kulturę, na przykład Cyganów, czy inną mniejszość, bez odwoływania się do pojęć typu „dekonstrukcja tożsamości”.
M.Z.: Ale czy to nie chodzi raczej o to, że socjologia daje pewność, że to jest tak i tak, daje poczucie spokoju, jasność sytuacji. Wiedza jest zbudowana na pewności.
W pełni się z tym zgadzam, nawet jak napiszemy książkę, o której mówi Marta, prostym językiem, to ona siłą rzeczy musi nieść tę niepewność.
K.Ś.: Ja zawsze angażuję się w różne dyskusje i widzę, że perspektywa antropologiczna nie może być przekazana w pięciominutowej wypowiedzi telewizyjnej, nie powiesz tak jak socjolog: 25 proc. grupy badanej to coś tam… Ale wydaje mi się, że ważne jest to zaangażowanie w konkretne sytuacje, w małych grupach, a nie na forum ogólnopolskim w sprawach ogólnopolskich, raczej na temat sporu wsi X z wsią Y, że
w tym momencie jest szansa, że można ze wszystkimi porozmawiać.
J.M.: Ale to powoduje, że antropologia jest zepchnięta na margines i taka dyskusja nie ma szans zaistnieć w szerszych kręgach.
K.Ś.: Ale czy myślisz, że taka dyskusja istnieje?
J.M.: Myślę, że na pewno są takie przypadki. To jest praca organiczna, u podstaw. Ja w ogóle jestem przeciwny mówieniu o tym, że antropolog ma coś uświadamiać ludziom. Może to w naszej dyskusji było przerysowywane. To na pewno nie mogą być też takie krótkie wypowiedzi, to raczej powinno być pisanie i pokazywanie pewnych aspektów, a nie mówienie, co jest dobre, a co złe. Ale w tej chwili w Polsce jest multum takich rzeczy, które tylko antropolog może znaleźć i może o tym napisać. Tak jak teraz w ideologii naszych rządzących jest Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Historii Polski, ja myślę, że to jest tylko pewien poziom mówienia o patriotyzmie czy pamięci, ale nie ma zupełnie innego poziomu związanego z konkretnymi ludźmi. Antropologia powinna wyciągać te rzeczy, pisać o tym, mówić
o tym. Pokazywać, że można o tym mówić i pisać.
M.M.: Ale kto będzie odbiorcą? Czy ci, którzy tak sztywno ujmują pewne rzeczy, będą to czytać? Ja bym chciała, żeby antropologia mogła pomóc w zmianie postaw, które są coraz bardziej obecne w Polsce. Może to jest takie idealistyczne gadanie, ale myślę, że dowartościowanie antropologii może dokonać się w warunkach przeformułowania mentalności w Polsce. Tak jak mówiłam o tych podstawówkach, żeby ludzi uczyć tego dystansu. I to jest właśnie to zaangażowanie lokalne, żeby na miejscu być i czegoś ich uczyć. Jak gdzieś żyje jakaś mniejszość i jest jakiś konflikt, to tam powinny być organizowane takie warsztaty, imprezy, które pomogą zobaczyć, co jest dobre.
M.E.: Jak tak tego słucham, co mówimy, to mam takie wrażenie, jakbyśmy mówili tu z pozycji uprzywilejowanych antropologów, którzy wiedzą, jaka ta rzeczywistość jest skomplikowana, i mają tej masie, która tak wszystko upraszcza, nieść tę naszą wyjątkową wiedzę.
Mam podobną uwagę. W tym, co mówi Magda, istnieje pewne niebezpieczeństwo. Zakładamy, że my mamy wiedzę, ale przecież zdobywając ją, podlegamy różnym wpływom, badani mogą nami manipulować itd. Jeżeli założymy, że wiedza antropologiczna jest jedyną wiedzą, to ona się stanie dyskursem hegemonicznym.
M.E.: Mam wrażanie, że występujemy z pozycji wyższości, a należy pamiętać, że ludzie spoza środowiska antropolo-gicznego również są zdolni do kwestionowania tego, co oczywiste, szukania nowych dróg. Wystarczy się przyjrzeć na przykład ruchom społecznym. Są tam osoby po antropologii, ale są i osoby z innym wykształceniem, co więcej, bez wykształcenia też, którzy także są w stanie sobie uświadomić, że nie musi być tak, jak mówi dominująca ideologia; którzy są w stanie w dyskusji między sobą znaleźć różne nowe drogi. A jeśli chodzi o wykluczenie antropologii z debaty publicznej, to myślę, że antropologowie sami się wykluczają. Jeśli szukam książki na przykład o globalizacji, to są książki socjologiczne, politologiczne, ekonomiczne, a publikacje antropologiczne są zupełnie niszowe.
M.M.: Jeżeli mogę się wytłumaczyć, chodziło mi o to, że antropologowie mają do tego dobre narzędzie.
Tak, ale trzeba pamiętać o tym, o czym mówił Herzfeld: nasze sądy i interwencje powinny opierać się na konkretnych badaniach. Chciałabym jeszcze na koniec zadać wam osobiste pytanie. Jak ta problematyzująca, denaturalizująca perspektywa antropologiczna wpływa na wasze życie? W tym przypadku trudno jest oddzielić myślenie teoretyczne od życia…
M.M.: Odkąd poszłam na historię, to czuję się tak, jakbym miała schizofrenię! Antropologia może wiele pomóc w badaniach historycznych, ale zawsze, jak zacznę się w coś wgłębiać, to jestem postrzegana jako ktoś wywrotowy, kto zawsze musi znaleźć jakiś szczegół, który nie pasuje. To samo w życiu, często spotykamy ludzi, którzy mają inne podejście, i można dostać etykietkę takiego freaka. Ale może ja mam osobowościowe predyspozycje… Są też zalety, to jest cudowne, że z każdej rzeczy można wyciągnąć coś interesującego.
M.Z.: Dla mnie antropologia uczy specyficznego podejścia, jest „przydawką” do bycia osobą, to staje się nierozerwalne, nie ma podziału na życie osobiste i antropologię.
Ale czy to nie jest trudne?
M.E.: Kiedy dowiadujemy się, że wszystko jest konstruowane społecznie, na przykład też odczuwanie własnego ciała, tożsamość – to jest trudne, na początku…
K.Ś.: Ale w pewnych sferach ja sobie potrafię to wyłączyć,
a w innych sferach mam zboczenie zawodowe. Ale z drugiej strony, można się tak ze wszystkiego wytłumaczyć…
Ale przyjrzyjmy się takiemu zagadnieniu, które wydaje nam się okropne, na przykład pedofilia…
M.Z.: To jest trudne niezależnie od tego, czy ma się coś wspólnego z antropologią, czy nie. To jest kwestia konkretnych sytuacji, konkretnych ludzi.
K.Ś.: Bardzo dużo o tym myślałam… Na przykład Aborygeni żenią się z dziewięcioletnimi dziewczynkami i nikt nie robi z tego powodu problemu. Tak samo myślałam o osobach chorych psychicznie, oni są dla nas chorzy psychicznie, ale może oni są źle zsocjalizowani, nie wyłapują pewnych rzeczy.
M.E.: To podważa całą naszą etykę.
K.Ś.: Ale myślę, że jeśli są takie zasady w naszym społeczeństwie, że to dziecko czuje się skrzywdzone – to tak ma być i już.
M.E.: Może warto zastanowić się nad punktem odniesienia, może powinna nim być krzywda człowieka. W przypadku pedofilii czy gwałtu to oczywiście jest to konstruowane. A co to znaczy: gwałt, pedofilia – różnie bywało, definicja jest dyskusyjna, ale jeśli weźmiesz pod uwagę krzywdę drugiego człowieka, to już to przestaje być takie dyskusyjne, bo ktoś cierpi!
M.E.: Z jednej strony możemy powiedzieć, że w różnych kulturach są różne wartości, ale z drugiej strony wszędzie istnieją wartości. Uznajemy, że wszystko jest konstruowane, ale przyznajemy, że ludzie mają poglądy (choć są one konstruowane), dlaczego my nie możemy pozwolić sobie na swoje poglądy?
J.M.: Ja mam taką wątpliwość. Dla mnie jest oczywiste, że wiedza nie zwalnia od wrażliwości. To, że my wiemy, że gdzieś tam jest inaczej, nie zwalnia nas od etyki. Mówimy o kon-struowaniu społecznym, konstruowaniu kulturowym itd., i tak sobie myślę w odniesieniu do tej misji, o której mówimy: chcielibyśmy uświadomić ludzi, ale nie możemy też wprowadzać jakiejś destrukcji! Nie powinniśmy takich ostrych sądów wypowiadać. Ja chciałbym promować antropologię nie dlatego, że to jest fajny kierunek, ale dlatego, że wiedza, którą antropologia przekazuje, jest bezcenna i tej wiedzy nie ma w dyskursie społecznym, to jest właśnie opieranie się na konkrecie, na konkretnych zjawiskach, ludziach. Chodzi o to, że opiszemy jakieś zjawisko – wcale nie pouczając – żeby pokazać, że to istnieje. Ja nie widzę potrzeby uczenia ludzi terminów antropologicznych. Ważna jest kwestia wrażliwości. Pokazywanie zjawisk, które są zadeptane.
K.S.: Ja myślę, że ten poziom refleksji istnieje w naszych rozmowach, ale rzadko znajduje się w książkach. Czytamy samą teorię i takie prace też piszemy, najpierw walimy teorię, a potem to, czego się dowiedzieliśmy. Ale nie ma czegoś takiego, że ktoś przeczyta naszą pracę i usłyszy naszych rozmówców. Dla mnie było ważne to, co zrobiła Szczuka w Milczeniu owieczek, czy Agnieszka Graff. Są wypowiedzi kobiet, którym nie pozwolono dokonać aborcji, są żywcem wzięte wypowiedzi tych kobiet, i to jest coś, co jak się czyta… w tym momencie wszystkie argumenty… to cię rusza, to jest coś, co ktoś opowiedział o sobie, co ma taki sens spotkania człowiek – człowiek, wiesz, o co chodzi, nie potrzebujesz otoczki teoretycznej. I moim zdaniem nasza praca nie powinna polegać na tym, żeby pisać o tych ludziach, to raczej powinien być jakiś dialog, żeby ci ludzi „wychodzili” z tego, co my napiszemy, i żeby trafiali do innych ludzi. I w tym momencie ci inni ludzie sami dojdą do czegoś, nie musimy siedzieć i im klarować, oni sami zobaczą tych innych ludzi, i będą mogli coś zrozumieć.
(op.cit.,) nr 29 (2/2006)
11
Lusee89