Głód
„Była bieda – teraz jest nędza; była drożyzna – teraz są ceny ustanowione chyba przez szatanów; bywali bezdomni, teraz są ich dziesiątki i setki tysięcy…”
C. Jellenta, „Wielki zmierzch” , s. 128
„Obrazek familijnego dzisiejszego życia: matka biega po mieście za jarzyną, ziemniakami, jedno dziecko czeka pół dnia w ogonie pod sklepem na kawę lub cukier – drugie pod mleczarnią trzecie przed piekarnią a ojciec – na wojnie, brat zginął, zięć ranny, szwagier w niewoli...”
K. Bąkowski, Diariusz, 15.10.1916, z.7, s.49
W zasadzie w każdym dzienniku, pamiętniku czy wspomnieniach o pierwszej wojnie światowej natrafiamy na informacje dotyczące braków w zaopatrzeniu. Występowały one przede wszystkim na tyłach, ale skutki pogarszającej się sytuacji gospodarczej dotykały także żołnierzy walczących na froncie. Także prasa codzienna, choć poddana cenzurze przynosiła informacje o niedostatkach żywności, erzatzach oraz o skutkach niedożywienia bezpośrednio obserwowanych wśród mieszkańców. Na ogół informacje o systemie kartkowym, kolejkach, spekulacjach zawierały rubryki wiadomości bieżących i lokalnych. Braki doskwierały w zasadzie mieszkańcom wszystkich ziem polskich ale szczególnie silnie zaznaczały się w dużych miastach. O głodzie mówi się na łamach dzienników przede wszystkim w kontekście zarządzeń władz okupacyjnych, czy informując o działaniach rozmaitych lokalnych i ogólnopolskich instytucji społecznych. Prasa codzienna przynosi dużo informacji o obejmujących coraz więcej produktów niedoborach, zmniejszaniu racji kartkowych i zamieszkach w kolejkach. O znacznym ubożeniu ludności i kłopotach z wyżywieniem można też wnosić z informacji prasowych o otwieraniu kolejnych tanich kuchni i o ilości wydawanych darmowych obiadów oraz ze sprawozdań Komitetu Obywatelskiego. Dobrym probierzem ubożenia ludności są również ogłoszenia prasowe dotyczące na przykład wyprzedawania majątku ruchomego, niektóre anonse o poszukiwaniu pracy itp. Czasami o masowości występowania niedożywienia świadczyły artykuły w stylu głód w księstwie warszawskim w czasach napoleońskich, czy informacje o wynalezieniu kolejnych ersatzów mających zastąpić np. kawę, cukier itp. Te historyczne i „prozdrowotne” informacje pozwalały ich autorom ominąć użycie zakazanego przez cenzurę niemiecką, w kontekście trwającej wojny słowa głód.
Analizowałam prasę codzienną Warszawy, Lwowa, Kalisza, Kielc, Łodzi. Lublina, Częstochowy, Krakowa, Poznania. Kwerenda w rocznikach 1914-1918 miała charakter raczej sondażowy niż systematyczny przede wszystkim ze względu na ilość. Starałam się jednak przeglądać te same okresy w różnych tytułach, co pozwoliło mi uchwycić zmiany w czasie oraz różnice regionalne. Sporo informacji dotyczących sytuacji aprowizacyjnej przynosiła, jak się okazało, prasa satyryczna i z niej również korzystałam, gdy tylko było to możliwe.
Żeby odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie czy w warunkach pierwszej wojny światowej na ziemiach polskich możemy mówić o głodzie czy może tylko o poważnych brakach w zaopatrzeniu warto przytoczyć definicję głodu. W fizjologii głód to negatywne, subiektywne odczucie stanu organizmów wyższych, które jest związane z niedoborem pożywienia. Podłożem uczucia głodu jest obniżenie stężenia takiego składnika pokarmowego jak np., glukoza, który jest rejestrowany przez ośrodki głodu i sytości w części mózgu zwanym podwzgórzem. Głód wywołuje zachowanie popędowe ukierunkowane na pobieranie pokarmu. Długotrwały głód (głodzenie) prowadzi do spowolnienia wzrostu i rozwoju dzieci, może powodować pojawienie się opuchlizny głodowej. Jego efektem jest też apatia a ostateczną konsekwencją bywa śmierć głodowa. Według różnych szacunków człowiek może przeżyć bez pożywienia 2-3 tygodnie, bez wody około 7 dni.
W kontekście tej definicji i zastanawiając się nad problemem głodu należy postawić pytanie o to czy w ogóle okresy głodowe dotykały ludność miast na ziemiach polskich? Jak ludność reagowała na przedłużające się niedobory żywności? Czy wszystkie warstwy zamieszkujące miasto były w takim samym stopniu narażone na głód? Jakie skutki społeczne wywoływały przedłużające się stany niedoborów żywności? Odpowiedzi na te pytania szukam w reakcjach mieszkańców ziem polskich. Im oddaję głos. Chcę dowiedzieć się w jaki sposób oni sami odczuwali niedobory, co ich najbardziej niepokoiło? Jakim językiem pisali o brakach? Jak dużo miejsca w ich relacjach zajmuje kwestia trudności aprowizacyjnych? Odpowiedź na te pytania pozwoli w jakimś przynajmniej stopniu odtworzyć kulturowy kod związany z jedzeniem jaki obowiązywał na ziemiach polskich. Umożliwi, mam nadzieję, odtworzyć relacje płci, które wyrażają się także poprzez zwyczaje związane z jedzeniem, zależą od tego kto przygotowywał jedzenie? Kto dostarczał produkty żywnościowe itp.
Sytuacja aprowizacyjna
Zastanawiając się nad sytuacją wojenno nie można też abstrahować od doświadczeń społeczeństwa w okresie poprzedzającym jej wybuch. Niemało osób i w czasie pokoju przynajmniej okresowo doświadczało głodu. Jeszcze więcej żyło na skraju nędzy i permanentnie było niedożywionych. W ich sytuacji wojna wydawałoby się nie zmieniła wiele. A jednak problemem stały się przedłużające się okresy niedoborów, niemożność kupienia produktów, nawet w sytuacji, kiedy posiadało się jakąś gotówkę. Niewątpliwie sytuację najuboższych utrudniała drożyzna a także ubożenie całego społeczeństwa. Coraz mniej osób mogło się dzielić swoimi zasobami, sytuacja instytucji dobroczynnych pogarszała się stopniowo – zasoby sponsorów malały, a potrzebujących w szybkim tempie przybywało. Niestety relacje o doświadczeniu tych najuboższych znaleźć najtrudniej. Musimy więc siłą rzeczy korzystać z takich informacji, jakimi dysponujemy. W tym wypadku uczyniłam więc odstępstwo od generalnej zasady korzystania ze źródeł wytworzonych w latach 1914-1919. W dwudziestoleciu międzywojennym rozpisano bowiem ankietę wśród robotników, której celem było zdobycie informacji o ich warunkach życia. Proszono o odpowiedź na kilka pytań takich jak z jakich rodzin się wywodzili, jak, gdzie i czy zdobywali wykształcenie itd. Następnie część odpowiedzi opublikowano. Zaskakujące jest, że chociaż nie pojawiło się pytanie o losy wojenne wielu o wojnie opowiadało. Dla większości wiązała się ona ze znacznym pogorszeniem warunków egzystencji: z nędzą wynikającą z braku pracy, z powołaniem ojca na front. Robotnik z powiatu jasieńskiego pisał na przykład: „ Przecież na nas pracował teraz tylko brat, wątlejszy ode mnie. Najstarszy jeszcze w roku 1914 wstąpił do Legionów i dotąd go nie było. Ojczym został zabrany gdzieś na „Zachód”, na roboty. Trzeba więc i pójść mnie do roboty”[1]. Inny pomocnik szybowy relacjonował: „Zapłata za mieszkanie w artykułach żywnościowych i sprawa mojego wiktu uniemożliwiły mi dalszą naukę. Przyczyną tego była wojna”[2]. Mimo upływu czasu obrazy wojny dla robotników były w okresie międzywojennym wciąż żywe, tym bardziej, że zakłóciły porządek dziecinnego świata.
Analiza dostępnych materiałów potwierdza przewidywaną prawidłowość – czym wyższa pozycja na drabinie społecznej tym mniej odczuwane uciążliwości związane z braki rynkowymi. Stanisław Dzierzbicki, który spędził wojnę w Warszawie, był członkiem Komitetu Obywatelskiego opisuje trudności z dostaniem np. chleba już po zajęciu Warszawy przez Niemców: „na razie więc w Warszawie jest zupełny brak mąki i chleb dochodzi do cen tak bajecznych, że ludność zaczyna wyczekiwać chwili zorganizowania sprzedaży mąki i chleba i zaprowadzenia kart chlebowych (Brotkarte), czego przedtem bardzo się obawiano. Wprawdzie przy tej organizacji będzie można dostać dziennie na osobę nie więcej jak dwieście gramów mąki i chleba łącznie, ale przynajmniej po cenie możliwie przystępnej, gdy dzisiaj chleb staje się wprost zbytkiem, a cena dwu-stufuntowego worka mąki doszła do siedemdziesięciu sześciu rubli, przy ustanowionej cenie siedmiu i pół marek za pięćdziesiąt kilo żyta”[3]. Jak wskazują relacje mieszkańców Warszawy sytuacja aprowizacyjna miasta znacznie się pogorszyła po zajęciu stolicy przez wojska niemieckie. Za czasów rosyjskich występowały braki w zaopatrzeniu, ale mimo wszystko konieczne potrzeby życiowe „nawet wśród ludności biedniejszej i bezdomnych” udawało się zabezpieczyć[4]. Wraz z przedłużającą się wojną sytuacja aprowizacyjna na ziemiach polskich pogarszała się. Szczególnie trudna była w Łodzi. Mimo ograniczeń cenzury w łódzkiej prasie i w artykułach zamieszczanych w innych gazetach a dotyczących miasta spotykamy się z relacjami, które informują o gigantycznym bezrobociu, któremu trudno zaradzić. Jego przyczynę dostrzegają współcześni przede wszystkim w zniszczeniu i zdekompletowaniu fabryk oraz załamaniu się rynku. Sytuacja przedłużającego się pozostawania bez pracy skutkowała występowaniem w mieście zaludnionym głównie przez robotników głodu. Tragiczną sytuacje miasta oddaje robotnicza piosenka śpiewana podczas wojny: „Hej łodzianko czemuś smutna,
Czemu blada twoja twarz,
ty o Łodzi ciągle marzysz,
ty ją pewno w sercu masz.
Nędza z Łodzi mnie wygnała,
głód mnie rzucił pośród was,
śpiewałabym nie mam komu,
szumi tylko wkoło las.
Jest tu u nas chleb i praca,
nie dokuczy ci tu głód,
są tu domy i pałace
i jest tutaj dobry lud.
Wolę w Łodzi nędzę znosić,
wolę nędze, wolę głód
jeszcze dzisiaj was porzucę,
pójdę między łódzki lud”[5].
Klemens Bąkowski adwokat i działacz z Krakowa w swoim dzienniku w latach 1916 i 1917 prawie każdego dnia zamieszczał chociaż krótką wzmiankę o kolejnych trudnościach związanych z zaopatrzeniem. W jego zapiskach daje się wyraźnie wyczuć narastającą rezygnację, apatię i zmęczenie: „Niektórym piekarzom brakło już mąki bo ją wykupują wojsko i mieszkańcy na zapasy” pisał we wrześniu 1914 roku[6]. Zapiski z roku 1915 świadczą o narastającym zniecierpliwieniu i irytacji: „Chleb „wojenny” z mieszanej mąki ( gdzie młynarze Bóg wie co i w jakim stosunku pomieszali) jest zakalcowaty i wiele osób po nim choruje na żołądek. Obiecują nam wprowadzić, jak w Niemczech Brotkarty przy austriackich porządkach będzie galimatias” - notował 9 marca 1915[7]. W roku 1916 wraz z pogarszającym się zaopatrzeniem i kolejnymi ograniczeniami Bąkowski pisał 1 lutego: „Wczoraj znowu brakło chleba w wielu domach i restauracjach. Cena mięsa znowu spadła bo go coraz mniej konsumują”[8] W kolejnych dniach znajdujemy dalsze zapiski dotyczące utrudnień i braków na rynku. I tak 3 lutego: „Nowa taryfa maksymalna – cielęcina tańsza, mąka, cukier zdrożały”; 9 lutego: „Zakazano cukierniom wypieku ciastek z mąki pszennej” 12 lutego: „ Od dziś nowe karty chlebowe ...dla stołujących się tylko na chleb, dla innych na chleb lub mąkę. Chleb - o ile go dostanie po półdniowem czekaniu w tłumie przed piekarnią - ohydny. Piekarze nie zadają sobie nawet trudu ubicie ziemniaków, lecz wprost kawałki ich sypią do mąki!” W marcu 1916 do zapisków zaczyna wkradać się ironia wynikająca, jak można przypuszczać z bezsilności i zmęczenia przedłużającymi się kłopotami aprowizacyjnymi: „Ogłoszono dziś karty na cukier po 11/2 K na głowę miesięcznie. Czekajmy na karty solne, mydlne, butowe, portkowe i szpitalne” [9].W sierpniu 1916 roku w dzienniku Bąkowskiego zaczęły pojawiać się i wielokrotnie powtarzać informacje o wciąż stojących pod sklepami kolejkach: „Pod piekarniami, mleczarniami, sklepami z cukrem i kawą oraz pod trafiką szeregi czekających na wstęp po kawałek chleba, cukru ...zmęczone twarze na nich cierpliwość i rezygnacja – i tak co dzień, co dzień....[10]. Z zapisów tych wyziera nie tylko rezygnacja i zmęczenie kolejkowiczów ale również autora. Puentą przedstawionej sekwencji wydarzeń niech będzie podsumowanie prawie trzech lat wojny uczynione w sylwestra 1916 roku: „Kończymy trzeci rok wojny, lżejsi na kieszeni....i na ciele. Nie ma nikogo, nawet z zamożnych, kto by przynajmniej o parę kilo nie schudł na wojennym wikcie” [11]. Wtórowała mu mieszkająca w Warszawie Bronisława Rymowiczowa – teściowa Erazma Pilza pisząc w marcu tego samego roku: „Wstyd zapisywać ten wydatek, lecz wychudłam jak kij i wszystko ze mnie spada musiałam kupić gorset”[12]. Maria Dąbrowska w liście do męża konstatowała tylko: „Tymczasem mam tu moc kłopotów gospodarczo-materialnej natury”[13]. Nie lepiej przedstawiała się sytuacja mieszkańców w zaborze pruskim, szczególnie ludności niezamożnej, której bardzo doskwierała drożyzna. 1 września 1916 roku żołnierz armii pruskiej Czesław Bągorski zapisał: „Smutne wieści donosi mi moja żona, iż bieda z nędzą w domu nie może dzieci należycie odżywiać, żywność okropnie droga i nie można w ogóle dostać itp. jest to dla człowieka okropne rozgoryczenie ja nie jestem w stanie wiele pomóc całą moją pensje zwykle odsyłam ale na tak wielką drogość pieniędzy za mało”[14]. Informacje o trudnościach zaopatrzeniowych pojawiają się również w „Dzienniku Poznańskim” Pierwsze wzmianki już w początkowym okresie wojny: „Z powodu wojny drożyzna daje się coraz więcej odczuwać w mieście naszem. Tak na przykład ceny mięsa podwyższono już do 1,30 mk za funt. Mąka znacznie podrożała […] Inne artykuły również znacznie droższe, a niektórych nawet dostać nie można. Ogólnie słychać skargi na brak węgli […] jeśli się do tego doda ogólny zastój w handlu i przemyśle, to smutna przyszłość przedstawia się dla mieszkańców Poznania, jeśli wojna potrwa długo” konstatował dziennikarz[15]. W 1916 roku doszło do protestów mieszkańców miasta z powodu braków na rynku. Na zebraniu magistratu wskazywano, że „dzisiaj jednakże jest za mało żywności w Poznaniu, jak to wykazał w ścisłym swym referacie przedstawiciel magistratu, omawiając niedogodności w dostawie chleba, mąki, masła i mięsa […] Wskutek tego piekarnie dostają za mało mąki, a także za mało dostaje ludność nie mająca już prawie wcale mięsa i tłuszczu”[16]. Zapiski o protestach mieszkańców zanotowali również mieszkańcy Warszawy np. Maria Lubomirska: „W tanich kuchniach czuć już ferment — nędza wzrasta, burzą się robotnicy. Są już nawet drukowane odezwy robotnicze, grożące Komitetowi i władzom niemieckim krwawymi rozruchami. Liczni prowokatorzy mają grunt podatny. Już były przed Ratuszem zbiegowiska rezerwistek, które trzeba było rozpędzić. Rozwścieczone kobiety napadły na Zdzisia i urwały mu guzik od futra! Tak się to zaczyna...”[17]. Bąkowski podsumowywał, że w Krakowie w tłumach przed sklepami tylko „bitki i narzekania”[18].
W roku 1917 zapiski dotyczące aprowizacji i braków powtarzają się w wielu źródłach jak mantra. Szczególnie często można je znaleźć u Bąkowskiego. W tym okresie nie ma prawie dnia bez jakiejś wzmianki dotyczącej trudności w zaopatrzeniu, chociaż sam Bąkowski jako człowiek przewidujący już w 1914 roku zaczął gromadzić zapasy i w lepszych wojennych okresach starał się je uzupełniać. W związku z tym, jak można wnioskować z dzienników gnieść się w kolejkach przed sklepami nie musiał. Z pewnością i jego dotykały trudności rynkowe jednak w znacznie mniejszym stopniu. Można też przypuszczać, że po chleb i artykuły, które krótko zachowywały świeżość wysyłał podobnie jak Dzierzbiccy czy Maria Lubomirska służbę. Braki na rynku dały się we znaki Julii Borowej, która pisała w liście do męża już w listopadzie 1915 roku: „Znowu kur na obiad – a co w ogóle gotuję? Grysik zawsze i wszędzie, we wodzie i w mleku, w rosole i w zupie – dziś dopiero skończył się kompot ze zeszłej środy (Julia pisze w poniedziałek – K.S.), nadto były naleśniki. To wszystko. Jaka prostota i jak mało mycia. Dziś znów katastrofa. Babsko z Woli odwołało dostawę mleka.[…]Dożyłam i ja braku nabiału w Krak[owie].”[19]. Co prawda w jej przypadku głównym problem było nie tyle niedojadanie co raczej monotonia żywienia.
We wszystkich przytoczonych przykładach widać wyraźnie, że trudności aprowizacyjne były różnie odczuwane w zależności od miejsca zajmowanego w strukturze społecznej. Spotykamy się więc z przykładami głodu jak na przykład w notatce z Kuriera Warszawskiego, gdzie już w styczniu 1915 roku zapisano: „zgłodniali nędzarze wykopują z ziemi zepsute produkty uznane za niezdatne do użytku i szkodliwe dla zdrowia”[20], a z drugiej strony mamy bardzo skromne informacje o utrudnieniach jak np. w przytoczonej relacji Julii Borowej. Mieszkaniec Słupcy w kaliskiem w swoich wspomnieniach spisanych w 1919 roku zanotował: „A jednak u nas w stosunku do innych nawiedzonych pożarem wojny stron naszego kraju było….Eldorado. Gdyśmy słyszeli o Kieleckiem, Lubelskiem, okolicach Warszawy, Łodzi włosy jeżyły się na głowie, krew zastygała w żyłach, i pomimo ciężkich warunków życia prócz łez któreśmy ronili nad dolą bezdomnych braci niejeden grosz wdowi padł na szalę świętej dla nas sprawy”[21]. Ta relacja poświadczałaby przekonanie o geograficznym zróżnicowaniu niedoborów. Wpisuje się też jednoznacznie w ton relacji zamieszczanych a „Dzienniku Poznańskim”.
Specyficznym okresem, w którym kto mógł próbował zmienić coś w swoim jadłospisie były święta. Przywoływana już Rymowiczowa opisała swoje wielkanocne menu z 1916 roku: „byliśmy syci i jedliśmy rzeczy, których dawnośmy nie kosztowali, więc była szynka, bigos, jakaś cielęcina wędzona, barszcz na wodzie, w której się szynka gotowała, piernik w domu upieczony i placek bez jaj w kształcie babki”[22]. Próbowano więc tradycję dostosować do wojennych realiów. W domu Marii Lubomirskiej w tym samym roku nie silono się jednak nawet na podobieństwa: „W darze otrzymujemy czarny, wyborny bocheneczek chleba od jednego z piekarzy warszawskich z nakłutymi na skórce życzeniami i ten miły przysmak zastępuje nam w tym głodnym wojennym roku babki i mazurki. Obywamy się naturalnie bez święconego – tylko dzielimy się jajkiem[23]. Można by podejrzewać autorkę o pewną dozę egzaltacji, a może jako rodzina Lubomirskich chciała w ten sposób podkreślić solidarność ze społeczeństwem Warszawy, któremu przewodził Zdzisław? W „Dzienniku Komitetu Obywatelskiego Miasta Warszawy” znalazły się informacje o podejmowanych przez Komitet próbach dostarczenia przynajmniej niektórym mieszkańcom produktów na Święta Wielkanocne. „Dnia 16 marca na wniosek Sekcyi Tanich Kuchen w celu uniknięcia rozdawnictwa obiadów w pierwszy dzień Wiekiejnocy, rozdano w Wielką Sobotę, jako święcone, po pół funta strucli, ćwierć funta kiełbasy, i jedno lub dwa jajka. Dopłata do jednej porcji wyniosła 18 kopiejek, co przy ilości 11 000 obiadów utworzyło nadwyżkę około 2000 rb.”[24]. Komitet wsparł również przedstawicieli inteligencji, którzy stołowali się w gospodach, dokładając im za darmo do posiłków w dniach świątecznych „skromne święcone”. Komitet Obywatelski wspomógł również Towarzystwo Wspomagania Ubogich Żydów „Ezra” wydając zamiast dotychczasowych obiadów „jednorazowo na 9 dni pewną ilość produktów świątecznych”.
Ustalenia poczynione przeze mnie prowadzą do wniosku, że głód dotykał przede wszystkim tereny narażone bezpośrednio na działania wojenne. W przypadku ziem polskich problem głodowy obserwować można zwłaszcza na terenach KP i Galicji Wschodniej. Ziemie zaboru pruskiego oraz Galicja zachodnia w mniejszym stopniu były dotknięte głodem, chociaż niedobory środków żywnościowych, ograniczenia i kartki żywnościowe spotykamy i na tamtych terenach. „Pod względem opału i środków żywności i innych najpierwszych potrzeb, jak soli, mydła, nafty, świec jest w Krakowie znacznie lepiej aniżeli w Warszawie.” Notował w listopadzie 1915 roku Stanisław Dzierzbicki w swoich dziennikach[25]. Podobne spostrzeżenia miał i Wacław Borowy, który regularnie korespondował ze swoją żoną. Przebywając w Warszawie w 1915 roku w grudniu pisał: „przed piekarniami w godzinach południowych - cierpliwe tłumy ludzi ustawione w sznurek nieprawdopodobnej wprost długości… - wszystkiego mało, to też do wszystkiego stosuje się system kartkowy: chleb za kartkami, węgiel i sól za kartkami, będzie i cukier za kartkami. Czuje się pazury wojny[26]. Zastosowane przez Borowego określenie „pazury wojny” dobrze oddaje nastrój i stosunek autora a myślę, że i wielu innych do trudności wojennych. Wojna jawi się tu jako drapieżnik szarpiący pazurami – a więc mocno, brutalnie, zostawiając szarpane rany – zdobycz. Każde draśnięcie pazura zostawia rany – można tu doszukać się aluzji i do trudności w zdobywaniu żywności i do drożyzny i w końcu do rekwizycji obejmującej także produkty żywnościowe. Borowy w listach późniejszych wielokrotnie dziękuje żonie za przysłane z Krakowa produkty żywnościowe. Specyficzna sytuacja występowała np. w oblężonym Przemyślu. Jak można się domyślać opisywane powyżej przeze mnie zjawiska występowały znacznie silniej. Kronikarka życia w oblężonym mieście Helena z Seifertów Jabłońska notowała już jesienią 1914 roku: „Przyszła Darowska z bratem. Musiałam podać herbatę, szkoda mi cukru, bo nigdzie nie dostanę”[27]- zeznawała szczerze. „W mieście lament za chlebem. Nikt już prawie nie dostanie, cebula droga jak ananas”[28] notowała kilka dni później już poi zakończeniu pierwszego oblężenia uznając, że nawet cebula stała się dobrem luksusowym. W końcu konstatowała wskazując wyraźnie na specyfikę twierdzy, która sprowadzała się nie tyle do drożyzny co do braku towarów do kupienia: „W sklepach nic nie ma, nic! Najgorszy brak cukru i chleba. Pieniędzy ma każdy prawie ale głód już teraz straszny.[…] – ten zapis dotyczył już drugiego oblężenia ( 9.XI. 1914 – 21.III. 1915). Dla porównania warto też zacytować relacje żołnierza narodowości węgierskiej służącego w tym czasie w przemyskiej twierdzy. Notował on w początkach stycznia 1915 roku: „Nic się nie dzieje. Pewien artylerzysta –ochotnik ukradł z magazynu trochę konserw, chcąc się uchronić od śmierci głodowej…[29]. Niestety nie wiemy czy sam Autor również nie dojadał. O ścisłym racjonowaniu porcji jednak może świadczyć notatka z lutego 1915 roku „Mici nie mogłem dać obiadu, biedna dziewczyna odeszła w południe z płaczem” [30]. Potwierdza też ona, że trudna sytuacja żywnościowa w mieście dawała się we znaki przede wszystkim cywilom, chociaż i zwykli żołnierze dostawali bardzo małe racje kawałek chleba i trochę ryżu. Ratowali się kartoflami wykopywanymi na polach[31].
Głód dotykał również okresowo żołnierzy w armiach. Pół biedy, jeśli we wsi przez którą przechodzili udało się znaleźć coś do jedzenia. Jeśli nie pozostawały jeszcze okoliczne pola. Żołnierz „A głód zaczyna na dobre nam dokuczać. Z powodu wydłużenia się linii etapowych tabory prowiantowe nie mogą nadążyć. Toteż żołnierze kopią w polu ziemniaki i buraki i próbują je gotować choćby bez soli”. Głód był na tyle silny, że nic nie robiono sobie również z ostrzeżeń o epidemiach czerwonki czy cholery: „Najwięcej jednak mamy wszędzie owoców i choć nas przestrzegają przed cholerą i czerwonką, żołnierze zjadają je całymi masami, boć trzeba coś jeść”[32]. „Prócz niebezpieczeństw żre nas wszystkich wściekłe zmęczenie fizyczne. Wyobrażenia nie masz, co to jest wojna dla nas, którzy nieraz dzięki Austriakom po dwa dni chleba nie mamy…” pisał Marian Dąbrowski do żony[33].
Najtrudniejsza chyba była sytuacja żołnierzy w obleganym Przemyślu. Niezastąpiona Helena Jabłońska notowała: „Po drodze żebrzą żołnierze, to nie wyzysk z ich strony, mają pieniądze ale za nie nic nie kupują. Pchają je przemocą prosząc aby im kupić[…] oraz „Zobaczył żołnierz Żyda niosącego dość duży bochenek chleba, chwyta go za rękaw –pyta ile dał za chleb. Żyd powiada – 10 kor., żołnierz wyciąga 20 kor., pcha Żydowi w rękę, lecz ten nie chce, bo mówi, że ma 8 – ro dzieci głodnych. Żołnierz zrozpaczony poszarpał 20 koron w drobne kawałeczki i puścił na wiatr na ulicy wobec całego tłumu ludzi. Takich scen słyszy się teraz wiele”[34]
Miejscem, gdzie niedobory żywności również występowały były obozy zarówno te dla uchodźców jak i dla jeńców wojennych. Dzięki zachowanej kolekcji listów do posła Zygmunta Lasockiego dowiadujemy się trochę o warunkach żywnościowych panujących w zlokalizowanych na terenie Czech obozów dla cywilnych uchodźców. Pewne informacje przynoszą również raporty z wizyt i inspekcji. Zofia Bobek, która uciekła z Tarnobrzega przed działaniami wojennymi do Wróblówki w powiecie nowotarskim napisała rozpaczliwy list do Lasockiego z obozu w Choczni. Napisała w nim „błagam pana Posła ze łzami w oczach, błagam litości, błagam miłosierdzia bo giniemy z głodu”. W tym przypadku Lasockiemu udało się pomóc na co dowodem jest drugi list: „Nie wiem sama jak mam Panu Hrabiemu dziękować, że mnie z dziećmi uratował od śmierci głodowej, która nam w oczy zaglądała”[35] Takich listów jest znacznie więcej nierzadko pisane nie tylko przez zamknięte w obozach żony ale również przez ich walczących na froncie mężów. Głównymi argumentami, które mają przekonać posła do działania są choroba i śmierć dziecka lub dzieci, której powodem jest niedożywienie. „Od czasu zamieszkania w barakach w Chocni straciłem trojga dzieci ukochanych, pozostał mi tylko jeden syn z żoną, którzy od czasu tej katastrofy ciągle chorują. Wikt, któren tutaj dostajemy jest absolutnie nie do jedzenia dla zdrowego, nie mówię już o chorym” pisał Paweł Sikorski mieszkaniec baraku w Choczni[36]. Kiepskie zaopatrzenie obozów w żywność potwierdza też sprawozdanie Kamili Chołoniewskiej z 1915 roku, w którym czytamy: „Pożywienie wydaje się tu trzy razy dziennie: na śniadanie czarna kawa – która jest raczej ciepłą wodą trochę ocukrzoną i zabarwioną kawą, do tego kawałek chleba ważący koło 20 deka, a mający na cały dzień wystarczyć. Obiad składa się z dwóch dań – z zupy codziennie jednakowej popielatego koloru zasypanej odrobiną tak zwanego pęcaku. Smak zupy jest niemożliwy, woń ma niemiłą, prawdopodobnie dlatego, że bywa gotowaną w brudnych naczyniach. Druga potrawę stanowią na przemian ziemniaki, fasola, mamałyga lub pęcak. O ile nie są omaszczone niczem, co bywa najczęściej potrawy te są wprawdzie jałowe ale znośne. Gorzej jest gdy oblane są tłuszczem, widocznie nieświeżym o niemiłym smaku i woni”[37]. Na wieczór uchodźcy dostają herbatę trochę zaprawioną rumem. Dzięki wcześniejszym interwencjom uchodźcy dostają specjalny posiłek w niedzielę – kapustę z ziemniakami i dwa małe serdelki. Jak konstatuje jednak sprawozdawczyni wielkość porcji jest niewystarczająca. Specjalny przydział otrzymywały też dzieci do lat 3 – trzy bułeczki i ¾ litra mleka. Sądząc jednak z listów, takie jedzenie nie wystarczało, bo śmiertelność dzieci w obozach w tym i w Choczni, z której pochodzi relacja, była znaczna. Fatalne warunki egzystencji panowały też w obozach jenieckich. Przed sądem wojskowym w Warszawie zeznawali internowani w Beniaminowie. „Jedzenie było wprost straszne. - zeznawał Czesław Brzeziński, adwokat przysięgły z Warszawy- Dla braku tłuszczów zwierzęcych dawano do zupy tłuszcze mineralne – ja czułem naftę w zupie. Kolor zupy był czarny” i dalej „ Z powodu wyczerpania fizycznego widziałem wypadki iż ludzie na nogach ustać nie mogli, i sunęli się na raczkach”[38]. Wtórował mu Jan Wielgomas urzędnik pocztowy z Warszawy: „ Jedzenie było marne. Kartofle były podawane do jedzenia nieodbierane, a nawet nie czyszczone z ziemi, tak że w zupie było zawsze wiele piasku. Tłuszcz śmierdział naftą. Z powodu tak marnego jedzenia, wielu ludzi chorowało.- tym więcej, że ludzie z głodu chodzili do śmietników i wybierali stamtąd rozmaite odpadki, które jedli. Ludzie byli zieloni z głodu”[39]. Marek Borkowski notariusz z Warszawy uzupełniał ten obraz „ chleba dostawaliśmy 200 gr. Dziennie – ale nie był to chleb, lecz jakaś masa, z której wysypywały się surowe trociny. Zupę robiono w ten sposób, że świeżą trawę koszono na łąkach i polach i z niej robiono zupę jarzynową”[40]. Ludwik Dudziński internowany ze Szczypiorna radził potencjalnym gościom obozu, aby postali chwilę w okolicach kuchni i poobserwowali legionistę „bez większej żenady grzebiącego na śmietniku w nadziei znalezienia odpadków jakiej bądź żywności; niech zajrzy do naczyń, co też niektórzy biedacy zaczynają sobie gotować, a przekona się, że gotują lebiodę lub inne zielsko”[41]. W jego opisie znalazł się również chleb z kasztanów, kukurydzy, łubinu.
Kartki i „wojenne standardy odżywiania”
Władze okupacyjne mimo realnych trudności i braków próbowały tonować nastroje społecznego niezadowolenia i niecierpliwości. Starały się między innymi, choć z różnym skutkiem, aby rozpropagować „pożytki” płynące z ograniczeń żywnościowych. W „Gazecie Łódzkiej” znalazł się na przykład artykuł dowodzący pożytków wynikających z odchudzenia. Autor powoływał się na odczyt lekarza dr Spiera pt. odtłuszczenie ludzkości przez wojnę. Zaznaczył w nim m.in.: „Strata wagi, powodowana warunkami odżywiania się podczas wojny, nie jest rzeczą tak tragiczną jak sądzą niektórzy, mniemając, że sprowadza ona zaburzenia żołądka. Ubytek tłuszczu w wielu razach jest nawet niezbędnym dla zachowania trwałości ważnych organów, jak np. serca; zaś wszelkie dolegliwości ciała powstają tylko w wypadkach wyraźnego głodu. Przez stopniową utratę wagi pozbywamy się tylko zbytecznego tłuszczu i unikamy wielu przykrych chorób”[42]. Relacje z ulic miejskich oraz lektura dzienników nie wskazują jednak, aby ktokolwiek poważnie traktował tego typu argumenty. Interesujące wydaje się jednak to, że spojrzenie na tę kwestię z perspektywy człowieka XXI wieku kazałoby przyznać dr Spierowi rację. Wszystko zależy jednak od tego jak duży ubytek wagi następuje w wyniku diety dobrowolnej lub przymusowej. Ciekawe jest również to co autor odczytu uznawał za „wyraźny głód”? Dziennikarz „Dziennika Poznańskiego relacjonował wyniki nowych badań nad uczuciem głodu, które „można na pewien czas usunąć poprzez silne wrażenia duchowe, ożywione usposobienie i natężoną pracę umysłową”[43]. A w „Nowym Kurierze Łódzkim” chwalonio władze okupacyjne za to, że „Zupełnie słusznie [...] zabroniły sprzedaży świeżo wypieczonego chleba, i skazują na grzywny pieniężne piekarzy, nie stosujących się do tego rozporządzenia. Jak się okazuje, wiele osób, które spożywają chleb świeżo wypieczony, zapada na mniej lub więcej ciężkie zaburzenia żołądkowe. Wiele wypadków zasłabnięć na dyzenterię powoduje używanie świeżego chleba” [44].
Lekarze próbowali tworzyć nowe wojenne standardy odżywiania. Towarzystwo Higieny Praktycznej ułożyło jadłospis minimalny dla osób pracujących i nie pracujących fizycznie. Uwzględniono w nim obok zasad dietetyki szczupłość rynku artykułów żywnościowych jak również wojenny wzrost cen oraz możliwości ekonomiczne poszczególnych osób. Najtańsze dzienne wyżywienie zamykało się w sierpniu 1915 roku na poziomie 23-25 kopiejek i było przeznaczone dla osób nie pracujących zbyt ciężko. Na śniadanie proponowano herbatę z łutem cukru i 16 łutami chleba. Obiad miał się składać z treściwej zupy np. barszcz z kartoflami, zacierki na wodzie ze słoniną, grochówka, zacierki na mleku oraz z 16 łutów chleba. Kolacja przypominała nieco obiad. Wyżywienie pracujących fizycznie było nieco droższe /nawet do 35 kop./ ale bardziej odżywcze: zamiast herbaty proponowano mleko, do zup dorzucano kaszę, kluski czy fasolę. Bogatsi mogli dodać jeszcze masło i jeść więcej i bardziej finezyjnie /30-40 kop. lub 40-65 kop/[45]. Problem polegał jednak nie tylko na cenie żywności ale również na możliwościach jej dostania. W trakcie trwania działań wojennych stopniowo na wszystkich ziemiach polskich pogarszały się warunki aprowizacyjne. Krzysztof Dunin-Wąsowicz oceniał, że wartość wyżywienia jednego mieszkańca w Kongresówce spadła z ponad 3 tyś w 1914 roku do niecałych 900 kalorii na wiosnę 1918 roku[46]. Autor uwzględnił w zestawieniu spożycie zboża, mięsa, cukru i ziemniaków.
Zapewnić to wyżywienie na minimalnym poziomie miały między innymi wprowadzane sukcesywnie karty aprowizacyjne. Interesującym jest, że zarówno wzory jak i przydziały różniły się w zależności od miasta. W Warszawie pierwsze kartki żywnościowe - chlebowe wprowadzono w końcu września 1915 roku. W 1915 roku wprowadzono także system kartkowy na terenie Oberostu. W Galicji kartki żywnościowe pojawiły się nieco później w 1916 roku. Stopniowo w systemie kartkowym dystrybuowano nie tylko chleb ale również cukier, kawę, tłuszcze, a nawet ziemniaki. Niestety jak się okazywało w praktyce władze ...
Wirydarz