2.Trans.doc

(179 KB) Pobierz
Trans – jako wprowadzenie

 

 

 

Trans – jako wprowadzenie

 

 

 

Masowa kultura, klutura medialna, czy już raczej multimedilana zalewa nas wciąż nowymi obrazami, migawkami zdarzeń, niejednorodnością dościgających nas dzwieków, a wreszcie też i niezliczonymi nowymi pojeciami, które dodatkowo ulegają nieustannej ekspancji i ewolucji. Wydaje się, że nasz świat staje się zbitką fragmentarycznych elementów niezwiązanych ze sobą, nie odnosząca się do niczego i skupiająca wyłącznie na sobie. Jak pisał Wolfgan Welsh już 1999 roku, pojęcie kultury jako charakteryzującej się społecznym ujednoliceniem, zakorzenieniem regionalnym oraz sztywnymi granicami jest nie do obronienia w dzisiejszych warunkach. Autor zauważa, że już w obrębie jednej społeczności możemy odnaleźć mnóstwo różnych stylów bycia. Kultura w pojęciu zakniętych kręgów czy nieprzystających do siebie wysp jest fikcją na modłę rasizmu.

Różnorodność, którą przychodzi nam obserwować jest zatrważająco nieskomplikowana. Wypływa z zupełnie innych potrzeb niż przełamanie tego co zastane. Potrzeba odróżnienie się wypływa z zewnątrz i jest wołaniem o przystąpienie do konkretnego grona w celu rozróżnienia.  Spośród niezliczonej ilości tworów ludzkich najbardziej zajmującym i zarazem najobszerniejszym wydaje się być przestrzeń elektronicznego Realis. Niezaprzeczalnie jest ona wytworem człowieka i poddawana przez niego nieustającym zmianom i przeobrażeniom, a dokonuje się to i poprzez ewoluujący charakter już istniejących w niej fragmentów i dodawanie wciąż nowych tworów, rzeczywistość ta nieustannie się rozrasta. Internet we władzach ludu wymyka się władzy. Autorami zmian i nowych przestrzeni już nie są kanoniczni wodzireje naszych i minionych czasów, ale masy ludzi oraz jednostek pochodzący już niemal z całego globu. Granice zacierają się. To co kiedyś było egzotyką, miało charakter tajemnicy, czy wręcz sekretu dziś jest w zasięgu ręki. Herderowskie kręgi kulturowe powoli ulegają wyginięciu. Czy jak śpiewa wokalista zespołu Rammestein Till Lindemann:

We’re all living in Amerika

Dziś książkę zastąpił film a poranną gazetę Internet. Wpływ tej multiobrazowości, wypływającej z gąszczu nowych nośników, na nasze życia i sposoby jego opisownia jest niezaprzeczalny. Stosunek do tej nowej rzeczywistości kształtował się przez lata. Z jednej strony staramy się za wszelką cenę unikać wpływu mediów a z drugiej nie możemy zaprzeczyć jej pozycji w dzisiejszym świecie i możliwości, które nam przynosi. Wielu badaczy próbowało odnieść się do tej zdefragmentowanej przestrzeni i na podstawie analizy pozytywów i negatywów tej wielości wypracować możliwy sosób obrony przed atakującymi nas rzeczywistościami, tak aby nie pozostać poza nią i nie dać się wciągnąć i zahipnotyzywoać przez nią. Jednym z wielu piewców potrzeby wypracowania nowej postawy wobec nadchodzących i też już trwających zmian Wolfagang Welsch wywodzi mnogość pojawiających się zjawisk ze zróżnicowania możliwości, które jego zdaniem płyną z dowartościowania sytuacji ciągłego poszukiwania nowych rozwiązań. Opisuje pewien zanik wrażliwości człowieka na świat zewnętrzny, wrażenia wynikają zdaniem filozfa bardziej z otępnienia spowodowanego nadmiarem bodźców niż faktycznego odczuwania tego co spływa na nas z zewnątrz. Taki stan miałby opierać się na braku doznań, wykluczeniu i ograniczeniu, zacietrzewiać się i łącząc z kulturą nowych mediów – telewizji, internecie, rzeczywistości kultury miejskiego obrazu. Nadmiar przedstawień zalewa odbiorcę, tworząc swoisty szum atakujący nasze zmysły. Dla Welscha obroną wobec rzeczywistości, „której nie sposób zobaczyć, czy dotknąć, a jest częścią naszego życia, świata”, która jak Czarnobyl jest cichym niewidocznym wrogiem, a jednak śmiercionośnym, to postawa znieczulona charakteryzująca się odsunięciem, milczeniem. Widzi on w takim ustosunkowaniu się walor estetyczny, nową jakość w której coś co jest dostępne zmysłami, ale poprzez coolones zobojętnieniem, znudzeniem jako stylem życia.  Autor odwołuje się w swej publikacji do działalności Jeana Francisa Lyotarda z lat 1982 – 1986, ale przede wszytskim do eseju “Odpowiedź na pytanie co to jest postmodernizm”.  Lytorad wprowadza postomodernizm na łamy dyskursu humanistycznego.

Jak zauważa Jean f. Lyotard „ Fotografia nie pojawia się jako wyzwanie rzucone malarstwu z zewnątrz, podobnie jak nie było nim kino wobec literatury narracyjnej” Dziś to zestawienie możemy rozwinąć bardziej dołączając do tych nośników Internet – zastępujący gazetę, oraz kino – zastąpione telewizją i stanowią one „tylko zwieńczenie programu porządkowania tego, co widzialne (…) Fotografia i kino epoki przemysłowej winny przewyższyć malarstwo i powieść, gdy chodzić będzie o ustalenie odniesienia do rzeczywistości, podporządkowanie go określonemu punktowi widzenia, obdarzając go rozpoznawalnym znaczeniom, o powtarzalność składni i leksyki, pozwalającej odbiorcy na tak szybkie rozszyfrowanie obrazów i sekwencji, by bez kłopotów osiągnął on świadomość zarówno swej tożsamości jak aprobaty uzyskiwanej od innych, skoro owe struktury obrazów i sekwencji tworzą kod dla wszystkich uczestników komunikacji”. (dzieło sztuki w dobie reprodukcji) Jak opisuje autor pojęcie dzieła sztuki uległo zmianom na przestrzeni lat, momentem granicznym w postrzeganiu sztuki jako kultu, czyli wyrastającej z twórczej działalności człowieka do sztuki reprodukowanej przez maszyny był przełom wieku XIX i XX. Następuje w tym czasie kryzys w ujmowaniu podstawowych kategirii opisujących dzieło sztuki, które ustatkowały się od kiedy pojawiła się estetyka. Wiek XIX to wiek przejścia od tworów człowieka do reprodukcji maszynowej, która z jednej strony ułatwia rozpowszechnianie i dostępność sztuki z drugiej przyczynia się do komercji i deprecjacji. Wartość kultowa zmienia się w ekspozycyjną, powstają w tym czasie instytucje, które służą właśnie samej ekspozycj, czego przykładem może być przejście dzieł sztuki z salonów do muzeów, porzez co stają się właśnością publiczną, a z czasem własnością rynkową.   Dla Lytorda buntem wobec unifikującej mocy kapitalizmu, kultury mass mediów jest stawianie im oporu poprzez komplikację tej prostej rzeczywistości. Poprzez wprowadzanie modyfikacji, ponowną jej defragmentację. Podobnie rolę wodzirejów naszych czasów widzi Wolfgang Welsch, którego działalność ma polegać na szukaniu nowych reguł, borykaniu się z przedstawieniem nieprzedstawialnego, które obrazując peryferie, uwalniają je z otchłani milczenia, dzięki czemu przestają nosić stygmaty tabu. Przebrzmiewa w tym modernistyczne przeczucie wzajemnej dyslokacji sfery materialnej, ludzkiej i metafizycznej . Różnica między podejściem postmodernistycznym a jego poprzednikiem polegała na braku doszukiwaniu się w eksperymentach możliwości spójnego i nostalgicznie dążącego do celu spojrzenia, spełnienia.

Fundamentem „Transu” są doświadczenia autorki:

Opieram się więc w „Transie” na własnych przeżyciach sprzed 20 lat. Cieszę się, że opisuję je dopiero teraz. Po czasie mam perspektywę pisarską i osobistą. Nadszedł po prostu odpowiedni moment. Nie zrobiłam tego wcześniej, w trakcie naszego związku czy tuż po jego zakończeniu. To byłby skok na łeb, na szyję. Metafizyczno-pornograficzne jęki. Teraz mogę nadać temu odpowiednią formę(...)Przeszłam to, wiem, o czym piszę. Ale robię to z pozycji dojrzałej kobiety.

 

I jak to bywa z Manuelą Gretkowską bez sprzczności by się nie obyło, na pytanie dlaczego książka została wydana „teraz” odpowiada:

Lubię powieści o rzeczach aktualnych. Dobrze, jeśli nie są plotką ani tylko obnażaniem, ale głębszą analizą.

 

Aktualność jej powieści zacietrzewia się na medialnym skandalu i sądowym zakazie rozpowszechnia książki Andrzeja Żuławskiego „Nocnik”. Autorka wzbrania się oczywiście od osadzenia obu pozycji w pewnym dialogu, ”Trans” ma być wyłacznie powieściową analizą. Fikcją literacką, w której choć zawarte są prawdziwe odczucia, to sam przebieg akcji jest kreacją autorki. Ale czy nie właśnie na tym polega dialog, iż sprowokowani wypowiedzią danej jednostki wprawiamy w ruch własną ripostę?

Z powieści wydobywają się trzy głosy, trzy spojrzenia wzajemnie do siebie nie przystające. Ich zadaniem ma być osadzenie fabuły w różnych kontekstach, dzięku temu nadając całości charakter wieloperspektywiczny.  Jako pierwsze wcielenie spotykamy narratorkę antropologa.

 

Już samo zdanie rozpoczynające Trans brzmi jak postmodernistyczny slogan. Lato tego roku rozpoczynało się na różne sposoby[1]. Świat jest zdefragmentowany, lato 1997 roku dla konserwatystów rozpoczęło się klęską. Partia Pracy z Tonym Blairem na czele po 18 latach trwania na drugim planie w opozycji wygrała wybory 1 maja tegoż roku. W stanach Zjednoczonych po raz pierwszy w historii kobieta zostaje sekretarzem stanu, a Tyson odgryza komuś w walce kawałek ucha[2]. Mnogość informacji spływającej na poszczególne jednostki z różnych krańców świata nie dotyczy już tylko swoich podopiecznych zamkniętych w granicach państwowych terytoriów. Opis wpływu odgryzienia ucha na analizę antropologiczną narratorki można traktować jako uwidocznienie, jak spośród wachlarza możliwych bodźców wpływających na proces myślowy jednostek, każdy wybiera, to co jest dla niego istotne. Może i prawomocnym byłoby żądanie od „przyszłej założycielki Partii Kobiet” większego zaangażowania i zastanowienia się nad faktem, że kobieta zajęła tak istotne miejsce w rządzie Stanów Zjednoczonych. Ale przecież nie o to chodzi. Wyselekcjonowanie z życia jedynie tych faktów, które dotyczą jednej problematyki niszczy naszą możliwość różnorodności. W 1997 roku dzięki odgryzieniu ucha Bohaterka pomyślała o tym, że jest antropologiem, że jej myśli biegną do cienkiej warstwy marzeń i zwierzęcych odruchów pojawiającej się tuż przed zaśnięciem, na ringu walki między jawą a utratą świadomości. Dowiadujemy się o tym, właśnie po to by, łatwiej nam było zrozumieć, że przed byciem kobietą, Polką, emigrantką, przed byciem jednostką politycznie zaangażowaną jest przede wszystkim antropologiem. Osobą, która kształcąc się w tym kierunku pod kuratelą wybitnych jednostek[3]  poświęciła na zdobycie obecnej wiedzy wiele lat, i że jej zaangażowanie się w antropologię nie odnosiły się wyłącznie do analizy rzeczy podanych, przedłożonych jej przez wykładowców. Uświadamia czytelnikowi, że jest antropologiem z krwi i kości i zaangażowania i z oddania i zainteresowania i potwierdzającego tę wiedzę tytułu. Jak oświadcza narratorka jestem antropologiem kultury, profesjonalnym znawcą międzyludzia (…) Antropolog, by przedmiot jego badań miał sens, powinien być nie tylko świadomy własnego uwarunkowania kulturowego, antropolog jest obciążony świadomością skali tego zjawiska. Zatem aby oddać sprawiedliwie przebieg zdarzenia, należy znaleźć sposób na osiągnięcie spojrzenia niezaangażowanego, wyjść poza „własne ja”. Czyli odłożyć na bok naleciałości własnej historii, na rzecz zrelacjonowania obecnej. Zdobyć się na analizę, która nie będzie powodowana przeczuciami, sympatiami, własnymi doświadczeniami, ale dążyła do przedstawienia suchych faktów. Musi zatem wyzbyć się sentymentu do tego, co nazywa „domem” oraz umożliwić swoim czytelnikom lekturę tekstu, która będzie relacją z „tego, co miało miejsce”. Uczucia antropologa nie powinny kolidować z prowadzaną przez niego wiwisekcją rzeczywistości, chłodne i zdystansowane spojrzenie  musi w swym zasięgu zagarniać całość włącznie z własną osobą. Jak możemy przeczytać na okładce powieści, jest to „Wnikliwie i bezkompromisowe studium toksycznego uzależnienia”. Autorka pisze, że nie pozostawia po swojej bohaterce suchej nitki. Chce nam powiedzieć, że zawarła w powieści prawdziwe odzwierciedlenie sytuacji uzależnienia od mężczyzny.  Zasiadając do dalszej lektury mamy zatem prawo do oczekiwania od autorki więcej, jakoż sama siebie opisuje jako posiadającą narzędzia i możliwości do dania nam więcej  niż tylko zapiski z pamiętnika nastawionego jedynie na przedstawienie stanu uczuciowego jego autora.

Ale czy takie spojrzenie jest możliwe do osiągnięcia? Jak zauważa Heiddeger, światopogląd może zaistnieć dopiero, gdy świat przyjmie postać całościowego obrazu, a człowiek ma pogląd na to życie, stanowi jego centrum, zatem staje się subiektem. Heiddeger nazywa to nihilizmem, bowiem w tym kontekście nie pytamy o istotę bytu, tylko o jego adekwatność, obraz. Zatem zastanowienie powinno skupić się na tym obrazie. Światoobraz zakorzenia antropologię w interpretacji świata.

 

 

I niby skrótowo dochądząc do tych samych wniosków narratorka dodaje – Jednak niewiele wynika z mojej wiedzy. (T.,5) Wyjątkowo pesymistyczna konkluzja okazuje się jednak powodowana zgoła inną myślą. Dla narratorki niewiele z jej wiedzy wynika, ponieważ dla pieniędzy pisze scenariusze, wkładam w nie wygryzione podwójne łechtaczki, wyżerane łyżeczką mózgi kochankówZnajdowanie producentów desperatów gotowych topić pieniądze i karierę dla moich rojeń świadczy o psychicznej naturze świata. Czy opowieść będzie zatem, zahaczać w swym kontekście o to, co najbardziej ludzkie: narracyjne zobrazowanie procesu kreowania własnych „rojeń”? Idąc dalej narratorka wprowadza nas kwieciście w sedno natury psychicznej świata, jako: Niewidocznej sieci połączeń ściągającej ludzi do wrzącego wizjami dołu w sobie samych zwanego piekłem albo bardziej stylowo – gehenną. Dla nich, dla mnie też przeżycie na ekranie  wspólnej, najpierwotniejszej halucynacji krwi i seksu ma doprowadzać do ekstazy, w której zrozumiałe słowa wracają antropologicznie do swych źródeł bulgoczących krzykiem i charkotem (T.,6)  Zaczęłam zastanwiać się nad tym zdaniem i powoli wątpiąc w intencje narratorki, próbowałam jeszcze sobie wmawiać: może chodzi jej o fakt, połączenia ludzi w zatapianiu się we własnych piekłach, których próby zobrazowania jedynie halucynacją, urojoną reprezentacją tego kim jest człowiek (krew – jako to co czyni go żywym i seks jako to, co przynosi go na świat, akt fizyczny, nie słowny) i co przeżył. Że, łączymy się poprzez siedzące w nas demony, które nie pozwala nam zasnąć kierując myśli w stronę repetycji bólu, gehheny, przez którą przyszło nam przejść. Podszeptując ściąga nas wszystkich razem, a jednak każdego z osobna na dno, tam, gdzie trzymamy wspomnienia najbardziej traumatyczne. Słowa, które mają dla nas zupełnie inne znaczenie niż dla reszty świata, wypowiedziane powraca w swej zsubiektywizowanej formie do źródeł, które uformowały nie tyle ich znaczenie, co odbiór. 

 

Niestety przymiotniki wspólnej, najpierwotniejszej zaczęły bulgotać mi w głowie nie mogłam pozwolić sobie na strywializowanie ich.

 

Halucynacja krwi i sesku – czyli

Wynika z tego, iż człowieczeństwo, to de facto wzajemne zagłębianie się w miejsca przebywania tego, co potępione, w to, co religia uznaje za występ przeciw Bogu [4].

I pomyślałam, że narratorka, występuje przeciw katolickiemu obrazowi świata, że odnosi się do problemu pożądania tego, co kościół nazywa tematem tabu, czyli do procesu kształtowania się jednostki w ramach próbowania siebie w rozmaitych rolach, co katolickiej wizji rodziny, jest nie na rękę. Próbowanie smaków własnego ja i ustalenie swojego ulubieńca wymaga wielu poświęceń. Możemy, czy raczej niemożliwym jest  nie popaść w pułapkę, zgubić się po drodze i żałować podjętych wyborów. Narracja pozwala nam oswoić się z tym labiryntem. Jej kreacja, zależna jest od nas. To my decydujemy, jakie wnioski będą dla nas najatrakcyjniejsze. Powieść Manueli Gretkowskiej, jako tekst intertekstualny, w moim odczuciu, stanowi wyśmienite studium ludzkiego zakłamania, iluzoryczności własnych narracji. Świadomie, czy nie autorka realizuje zadanie stawiane literaturze przez teorię, niby idąc śladem wytyczonym przez profesora Michała Pawła Markowskiego w artykule: Antropologia i literatura, czyli dążyć do wyłożenia własnego światopoglądu, że świadoma jest iż: literatura jest miejscem ujawniania się ludzkiej natury, (…) że dzięki literaturze człowiek dochodzi do własnej istoty. Ale co to znaczy, że dzięki literaturze człowiek jest człowiekiem? Odpowiedzi na to pytanie, wbrew pozorom, nie jest tak znowu wiele, albowiem skupiają się one wokół jednego – to prawda, że fundamentalnego – zagadnienia. Otóż człowiek jest człowiekiem dlatego, że używa literatury jako narzędzia do rozumienia świata i rozumienia samego siebie.

Antropologia literatury jako  najnowsza mutacja literaturoznawcza, przekształca swój przedmiot wypracowując nowe sposoby badania. Zmieniamy w niej perspektywę czytania, co zgodnie z pierwszą zasadą perspektywizmu zmienia to, czym jest sam tekst, a co za tym idzie i sposoby czytania – w tym ujęciu, teksty pokazują nam przede wszystkim człowieka, który za ich pomocą stara się, jako tako, zorientować we własnym świecie. Może wydawać się, że narratorka, wraz z rozszerzaniem swojej wiedzy świadomości o nowe konteksty, których życie nie szczędzi i zdając sobie sprawę z rewolucji jakie nastąpiły w dyskursie literackim, nie pozostawi, po swym byłym „ja” suchej nitki, że bezwstydnie i niezakłamując siebie opisze, jakich „olśnień” człowiek może doznać, gdy uświadomi sobie swoją narracyjność. Gdy wraz z rozwojem kontekstów, pewne myśli stają się nieaktualne i zdajemy sobie sprawę, z własnej głupoty. I choć z biegiem tekstu dowiadujemy się niestety, iż tak się nie stało, to jednak nie wyklucza to samej tezy, iż powieść ta będzie stanowi zobrazowanie procesu uspójniania własnego ja w ramach prowadzonej przez lata narracji.

Następnie spotykamy skandalistkę:

Tarza się w przekleństwach jak pies w gównie. Jak, kopulujący pies szczepia się z aktorkami swoich filmów. Uciekają od niego. On nadal bezsilinie się nimi masturbuje, pokazując publicznie koniec chwilowo nikim nieobsadzonego chuja. (...)

Jaki cel miał tak eksplicytywny opis? Możemy się tego dowiedzieć z wywiadu przeprowadzonego z autorką. Otóż zdaniem Manueli Gretkowskiej jest to przykład dojrzałego opisu nie pozbawionego emocji.

To jest dojrzały opis?
Manuela Gretkowska: Dojrzały nie znaczy wyprany z emocji. Wkurzyło mnie, jak ten człowiek traktuje żywych ludzi. Żony, kochanki, dzieci są jedynie preparatami do opisania często najintymniejszych spraw. On rezerwuje sobie pozycję tego jedynego moralnego. Dlatego chciałam postawić mojego bohatera w takiej samej sytuacji. Pokazać, jak można być opisanym z zewnątrz okiem kamery, bez własnej zgody. Ale siebie, literackiego „ja” czy raczej mojej bohaterki też nie oszczędzam. Grafomanka, kretynka, dziwka – taką ma o sobie opinię. Cokolwiek się powie o mnie po tej książce, już sama sobie tak dopiekłam, że wszystko po mnie spłynie.  

Prawomocnym wydaje się zatem, oznaczenie tego głosu, jako Marysi dojrzałej, już ukształtowanej przez fabułę książki. Trzecim głosem jest głos Marysi w biegu wydarzeń, czyli ten, który przybliża nam portret psychologiczny samej bohaterki.

Wyciąć zdjęcie Laskiego z tej starej koszuli. Zdezynfekować pinezki, skrócić je i dwie wcisnąć w łopatki, trzecią bezpiecznie obok kręgosłupa, pod nerki. Trzy gwoździe wbite w ciało Chrystusa. Będę krzyżem i performerską Świętą Weroniką niosącą na siobie chustę Mistrza. Trzy pinezki przykleiłyby się  strupami. Zrezygnowałam, dwie wystarczą. Ból i tak go skusi, rany – krwawiące otwory w kobiecym ciele – przekonają do przyjazdu z Warszawy. Zastanie mnie na opustoszałej bałtyckiej plaży, skuloną nad brzegiem morza. Jego twarz wbita w nagie plecy pinezkami zadrży razem ze mną z zimna.

(T., 7)

 

Laski w tym fragmencie jest jeszcze nie obnażony, a Marysia nie wie, że jej wołanie o powrót skończy się fiaskiem. Zdeterminowana by utrzymać przy sobie Mistrza, sama staje się swoim katem. Pragnienie jego powrotu doprowadza ją do chęci okaleczena własnego ciała. Markowania ilości tortur jakie może sobie zadać. Tylko wyjątkowo silne uczucie, niemal uzależnienie mogło na tyle zawładnąć młodą dziewczyną, by była gotowa poświęcić samą siebie na rzecz zatrzymania przy sobie mężczyzny. Czy gdyby była świadoma zarówno jednostronności owej relacji, jak i prawdziwej twarzy Mistrza, to równie silnie dążyłaby do usidlenia go? Narratorki starają się oddać czytelnikowi stan psychiczny jednostki popadającej w sidła toksycznej relacji z trzech różnych punktów widzenia, z trzech różnych kontekstów kulturowych. Przy takim nagromadzeniu spojrzeń trzeba nie lada talentu, żeby się nie pogubić, nie popaść w sprzeczności, kompromisy czy wręcz wykluczenia.

Zamysł autorski jest ciekawy, niestety wykonanie kuleje w najbardziej newralgicznym punkcie: wiedzy o poprawnym kształcie opowie­ści, która już nieomal w wieku niemowlęcym nakazuje nam gło­śno krzyczeć i tupać, gdy na przykład zły wilk najpierw zdechnie, a dopiero potem zje babcię. Narratorka stara się nam wmówić, iż przed staniem się nieświadomą ofiarą, była świadoma statusu owe relacji i szukała zemsty.  Oscylują między retrospekcją i osadzeniem powieści w czasie teraźniejszym, narracja tonie w chaosie.

Marysia z jednej strony postępuje dobrze wykalkulowaną drogą. W tej konfiguracji relacja pomiędzy główną bohaterką a Laskim jest kontrolowana przez adorowaną już nie panienkę, ale też jeszcze nie rozwódkę.

Umiałam. Dlatego nie chciałam grać. Zdradziłabym się z tym, że zawsze grałam. Już w dzieciństwie wypadłam za burtę oczywistości. Ratowałam się, naśladując cudze ruchy. Zachowania mające więcej siły od słów. Słowa oddzielały się doe mnie i i odkrywały kawałki rzeczywistości. Plasterki nazw, uczuć. Kładłam je sobie na języku i smakowałam.

Gdybym powtórzyła przed Laskim moje zażenowanie, zobaczyłby aktorkę. Ja grałam, że nią nie jestem. Udawałam autentyczną, nie do powtótrzenia. (T., 111-112)

Wymawiając „kocham” dłubałam językiem ranę. Wracała bolesna przyjemność grzebania drzazgą w skórze. Wyczuwalna gangrena rozstań z mężem, z Laskim. (139)

Również pochlebcze „Mistrzu” , jak to odnosi się do Laskiego, ma zgoła inne znaczenie dla Marysi niż samego zainteresowanego:

Wydrukowałam jego prasową fotkę na mojej nocnej koszuli i podpisałam czerwonym mazakiem „Mistrz”. Sprawiłam mu tym przyjemność. Nie wiedział, że w średniowieczu tytuł „Mistrz” był zarezerwowany dla kata?

              A po drugim spotakniu z osławionym Laskim:

Szło mi się lekko na barkę przez dzielnicę łacińską. Przeskakiwałam chodniki, grając w klasy, skuszę, nie skuszę... skuszę go... s113

              Z drugiej strony jest obiektem manipulacji. Po  rychłych oświadczynach Laskiego niczego nie spodziewające się dziewcze zapada się w miłości do niego:

W moim wszechświecie nie istniałam bez Laskiego. Zakochana myślałam wyłącznie o nim. On był moją przyszłością. Zgadzałam się na nią. Dawka szczęścia dorównywała euforii po eterze. Z Laskiego również opadła skorupa boleści. Wyprostował się i odmłodniał. Nie znałam tak pięknego mężczyzny.

              Po wybuchu owych emocji nadszedł czas pierwszego pocałunku. Bohaterka nawet nie zastanawia się dlaczego nie mogli zapieczętować swojego zwiąsku na miejscu, w zatłoczonej kawiarni. Pochłonięta faktem trzymania w dłoni Mistrza daje się zaprowadzić w miejsce bardziej dogodne do uzewnętrznia skrywanych przez Laskiego uczuć. Wszystko się zatrzymało, gdy mnie pocałował (t.,123) Niestety po tym spektakularnym przeżyciu Mistrz oświadcza, że musi wyjechać:

– Posłuchaj, Marysiu. Muszę załatwić moje sprawy, szmat życia, wiesz... Odezwę się za kilka dni, dobrze? (T., 124)

Dawniej liczyłam ze strachem dni od wyznaczonej miesiączki (...) Po rozstaniu z Laskim też zaniepokojona znaczyłam dni w kalendarzu. Każdy więcej przybliżał niechcianą prawdę – znowu jestem sama.(...) Dreptałam na sznurku nadziei ciągnącym mnie między barką, naszym bistrem i domem Nicoli. Nigdzie nie czekała wiadomość od Laskiego. 131-132

Gdy Ita donosi narzeczonej, iż Laski chciał się pozbyć swoich psów, co dla młodej toważyszki bohaterki było niezbitym dowodem na powtwierdzenie sadyzmu Laskiego, sama zainteresowana ignoruje diagnozę młodszej koleżanki, że nie zostawia się w taki sposób ludzi ani psów. W głowie Marysi jednak zaczęła się kotłować tylko jedna myśl: Nie rozumiesz? On się zabił. Przekonana o wyjątkowości relacji jaka ich łączy z niedowierzaniem stara się zrozumieć do kogo przyszedł list od Laskiego:

„Nie spodziewałem się tego. Wyrzuciłem brednie napisane przez panią. Mój ojciec słusznie mówił: Nie wdepnij w gówno, bo się ubrudzisz. Żegnam. Laski”.

Nie zrowumiałam. Przeczytałam znowu i znowu. Słowa łączyłam mozolnie w zdania. Zdania nie kleiły sensu. O czym on pisał, do kogo? (T., 137)

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin